Dzien dobry – tu Polska – 6.06.2024

DZIEN DOBRY – TU POLSKA GAZETA MARYNARSKA Imienia Kpt. Ryszarda Kucika (Rok
XXIV nr 157) (67396)

6 czerwca 2024r.

Pogoda

czwartek, 6 czerwca17 st C

Przewaga chmur

Opady:20%

Wilgotnosc:61%

Wiatr:14 km/h

Dzien dobry Czytelnicy 🙂

Milego dnia i milego czytania 🙂

Ania Iwaniuk

Dowcip

Klotnia malzenska.

– Chcialbym umrzec! – krzyczy maz.

– Ja tez! – odpowiada zona.

– A to ja w sumie nie!

Kompletnie pijany spowodowal kolizje, do celi trafil razem z pasazerem
Policjanci z Piaseczna zatrzymali 34-latka, ktory prowadzil samochod pod
wplywem alkoholu i spowodowal kolizje. Noc w policyjnej celi spedzil takze
34-letni pasazer auta, ktory stanal “w obronie” swojego kolegi. Policjanci
zostali wezwani do kolizji na ulicy Mlynarskiej w Piasecznie. Jak ustalili,
jej sprawca byl 34-latek. Na miejscu zostal przebadany na zawartosc
alkoholu.

“Okazalo sie, ze mezczyzna ma blisko 3 promile alkoholu w wydychanym
powietrzu. Jakby tego bylo malo, na jaw wyszlo rowniez to, ze 34-latek nie
posiada uprawnien do kierowania pojazdami” – poinformowala w komunikacie
st. asp. Magdalena Gasowska z Komendy Powiatowej Policji w Piasecznie.

Do akcji wkroczyl pasazer

“W obronie” kierujacego stanal pasazer. “Mezczyzna widzac, ze jego kolega
popadl w klopoty, postanowil przekonac mundurowych zeby, jak to okreslil,
nie robili problemow. Kiedy jego plan sie nie powiodl zaczal zniewazac
policjantow” – dodala Gasowska. Obaj mezczyzni trafili do policyjnych cel,
a nastepnego dnia uslyszeli zarzuty. Pierwszy z nich odpowie za prowadzenie
pojazdu w stanie nietrzezwosci oraz pomimo braku uprawnien, a takze
spowodowanie kolizji drogowej. Drugi natomiast uslyszal zarzut zniewazenia
policjantow.

Wewnetrzna analiza wydatkow z Funduszu Sprawiedliwosci. “Strazacy
nie okazali wdziecznosci” “Efekt Funduszu Sprawiedliwosci nie zadzialal”, a
“strazacy nie okazali wdziecznosci” – eksperci Funduszu usiedli, policzyli
pieniadze i glosy, i przygotowali raport dla politykow Suwerennej Polski.
Miliony z FS szly na ich kampanie, pieniadze rozdawano szerokim gestem –
jak sie okazalo, z marnym skutkiem. Pieniadze, o ktorych przekazaniu
decydowal minister Zbigniew Ziobro. Co sam przyznal. Jakub Sobieniowski,
reporter “Faktow” TVN, przypomnial archiwalna wypowiedz Zbigniewa Ziobry z
31 stycznia 2018 roku. Owczesny minister byl wtedy w Rabce-Zdroju, gdzie
przekazywal strazakom sprzet.

Ziobro przyznal, ze to on decydowal w tej sprawie. – To, ze tutaj jestesmy,
jest oczywiscie wynikiem decyzji, jaka podjalem o przekazaniu srodkow z
Funduszu Sprawiedliwosci na rzecz Ochotniczej Strazy Pozarnej – powiedzial.

Strazacy “nie okazali wdziecznosci”

“Gazeta Wyborcza” opublikowala we wtorek wewnetrzna analize ekspertow
Funduszu Sprawiedliwosci
.
Wynika z nich, ze celowo wydano z Funduszu ponad osiem milionow zlotych w
gminach, gdzie podczas wyborow parlamentarnych w 2019 roku nieskutecznie
startowal odpowiedzialny za Fundusz wiceminister sprawiedliwosci Marcin
Romanowski. “Efekt FS nie zadzialal” – ocenili eksperci. Jak wyliczyli,
“ponad osiem milionow zlotych poszlo na OSP” w okregu, z ktorego startowal
Romanowski. Zestawili takze wydatki w poszczegolnych gminach z jego
wynikiem wyborczym. Miedzy innymi gmina Turobin otrzymala 800 tysiecy
zlotych (Romanowski otrzymal tam 100 glosow), gmina Goraj takze 800 tysiecy
zlotych (138 glosow dla Romanowskiego).

“Strazacy ladnie sie ubrali. Dostali kilkaset tysiecy zlotych. Wladze
lokalne przedstawily to jako ich sukces, a oni sami nie okazali
wdziecznosci, bo byli przekonani, ze im sie to nalezy” – czytamy w
dokumencie opublikowanym przez “Wyborcza”.

Interpol odmowil scigania czerwona nota bylego sedziego Tomasza Szmydta
Byly sedzia Tomasz Szmydt, podejrzany o szpiegostwo, nie bedzie scigany na
podstawie czerwonej noty Interpolu, o co wnioskowala prokuratura. –
Interpol nie zezwala na przetwarzanie danych za posrednictwem swoich
kanalow za dzialania przeciwko bezpieczenstwu panstwa okreslane jako
przestepstwa polityczne – poinformowala rzeczniczka komendanta glownego
policji ml. insp. Katarzyna Nowak. Wniosek prokuratury o wpisanie
podejrzanego o szpiegostwo bylego sedziego Tomasza Szmydta na liste
sciganych czerwona nota przez Interpol wplynal pod koniec maja. Interpol
odmowil objecia podejrzanego czerwona nota.

– Sekretariat Generalny Interpolu wskazal, ze przestepstwa szpiegostwa
wchodza w zakres art. 3 Statutu Interpolu, zgodnie z ktorym Interpol nie
zezwala na przetwarzanie danych za posrednictwem swoich kanalow za
dzialania przeciwko bezpieczenstwu panstwa okreslone jako przestepstwa
polityczne – wyjasnila Nowak. W polowie maja prokuratura rozpoczela
poszukiwania bylego sedziego Tomasza Szmydta listem gonczym. Pod koniec
maja prokuratura wyslala do sadu wniosek o wydanie Europejskiego Nakazu
Aresztowania. Byly sedzia jest podejrzany o szpiegostwo. Czerwona nota
Interpolu oznacza, ze list gonczy trafi do systemow komputerowych organow
scigania dla sluzb wszystkich 196 krajow, ktore sa czlonkami Interpolu, z
informacja, ze poszukiwany jest niebezpiecznym przestepca. Bialorus
jest jednym z panstw czlonkowskich. List
gonczy jest wtedy widoczny dla funkcjonariuszy policji i strazy granicznych
wszystkich panstw bedacych czlonkami miedzynarodowej organizacji. Czerwona
nota to kategoria oznaczajaca poszukiwania w celu aresztowania i
ekstradycji. Osoby scigane czerwona nota sa poszukiwane przez wzywajace
panstwo czlonkowskie lub trybunal miedzynarodowy. Kraje czlonkowskie
stosuja wlasne przepisy przy podejmowaniu decyzji o aresztowaniu danej
osoby. Czerwona nota nie jest miedzynarodowym nakazem aresztowania. Tomasz
Szmydt uciekl na Bialorus i 6 maja poprosil wladze w Minsku o “opieke i
ochrone”. Szmydt twierdzi, ze musial opuscic Polske, poniewaz nie zgadza
sie z dzialaniami wladz w Warszawie.

Prokuratura Krajowa poinformowala 8 maja, ze zostalo wszczete sledztwo w
sprawie brania przez Tomasza Szmydta udzialu w dzialalnosci obcego wywiadu
na terenie Polski i Bialorusi. Prokuratura zwrocila uwage, ze udzielanie
temu wywiadowi informacji moglo wyrzadzic szkode Rzeczypospolitej Polskiej,
tym samym naruszajac art. 130 par. 2 Kodeksu karnego. 9 maja sad
dyscyplinarny NSA uchylil immunitet sedziego Szmydta oraz zezwolil na jego
zatrzymanie i zastosowanie wobec niego tymczasowego aresztu. Dzien pozniej
Prokuratura Krajowa wydala postanowienie o przedstawieniu mu zarzutow
szpiegostwa.

Mieszkanie za mniej niz 10 tysiecy za metr. Sa takie miasta, w ktorych to
mozliwe W najwiekszych miastach Polski, chocby w Warszawie czy Krakowie,
ceny za mieszkania zwalaja z nog. W stolicy srednia, ktora trzeba zaplacic
przy zakupie wlasnego M od dewelopera w maju wyniosla blisko 16,5 tysiaca
zlotych za metr kwadratowy – wynika z danych firmy RynekPierwotny.pl. Nadal
sa jednak duze miasta w Polsce, w ktorych da sie upolowac mieszkanie za
cene nieprzekraczajaca bariery 10 tysiecy zlotych za metr kwadratowy. Z
danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, ze we wszystkich metropoliach
dynamika wzrostow cen wyhamowala. Jednak w tych najwiekszych ceny juz dawno
przekroczyly 10 tysiecy zlotych za m kw. Sa jednak wsrod nich miasta, w
ktorych nadal mozna znalezc wlasne M ponizej tej stawki. Jednak z danych
wynika, ze i w nich dostepna liczba z miesiaca na miesiac dynamicznie sie
kurczy.

– W Poznaniu, pod koniec ubieglego roku, niemal co piate nowe mieszkanie
mialo cene nieprzekraczajaca 10 tys. zl za metr kwadratowy. W ciagu pieciu
miesiecy ich udzial w ofercie poznanskich deweloperow skurczyl sie do 10
proc. – zauwaza Marek Wielgo, ekspert z firmy RynekPierwotny.pl.

Miasta Polski z cenami mieszkan ponizej 10 tys. zl za m kw

Duzym miastem Polski z zasobna liczba dostepnych mieszkan od deweloperow za
cene ponizej 10 tys. zl za m kw. jest Lodz – wynika z raportu firmy
RynekPierwotny.pl. W maju stanowily one 39 proc. z calej oferty w tej
metropolii. Jednak ich liczba od grudnia 2023 roku skurczyla sie o 13 proc.
Lokale mieszkalne kosztujace powyzej 10 tys. zl, ale w przedziale do 12
tys. zl, stanowily z kolei 30 proc. Natomiast tych w cenie od 12 tys. zl do
15 tys. zl bylo w maju 26 proc. W Aglomeracji Katowickiej rowniez
znajdziemy duza pule mieszkan, za ktore stawka jeszcze nie przekroczyla 10
tys. zl za m kw. Taka oferta stanowila 48 proc. z calosci. Jednak tu
rowniez sie skurczyla, bo jeszcze w grudniu 2023 bylo ich o 5 proc. wiecej,
czyli lacznie 53 proc.

Poznan jest trzecim takim miastem. W nim 10 proc. dostepnych mieszkan od
deweloperow to te z cena nieprzekraczajaca 10 tys. za m kw. W tym miescie
jednak najwiecej jest mieszkan w cenie od 12 tys. zl za m kw. do 15 tys.
zl. W maju stanowily one 40 proc. calej oferty.

Na drugim biegunie jest Krakow. Z danych wynika, ze w maju w dawnej stolicy
Polski w ogole nie bylo mieszkan w tej cenie do zakupu na rynku pierwotnym
,
choc w grudniu 2023 r. stanowily one 2 proc. rynku. W tym miescie w maju
bylo najwiecej mieszkan w cenie od 15 tys. zl za m kw do 20 tys. zl.
Stanowily one 44 proc. oferty rynkowej. Co ciekawe, w Warszawie, pomimo juz
bardzo wysokich stawek, w maju mozna bylo jeszcze znalezc perelki w cenie
ponizej 10 tys. zl za m. kw. Stanowily one tylko 1 proc. Pod koniec
minionego roku bylo ich jeszcze 4 proc. W stolicy w maju najwiecej bylo
ofert w cenie od 15 tys. zl do 20 tys. zl, bo az 45 proc. Tych
najdrozszych, czyli w cenie przekraczajacej 20 tys. zl, bylo 20 proc.
Sytuacja na rynkach mieszkaniowych jest jednak dynamiczna. – W skali
miesiaca srednia cena metra kwadratowego moze wzrosnac lub spasc w
zaleznosci od tego, czy na rynek trafi pula drogich czy stosunkowo tanich,
jak na dany rynek, mieszkan. Przykladem tego moga byc chociazby Wroclaw i
Trojmiasto – ocenia Marek Wielgo z RynekPierwotny.pl.

Dodaje, ze w stolicy Dolnego Slaska srednia cena metra kwadratowego
poszybowala w maju az o 3 proc., bo deweloperzy wprowadzili do sprzedazy
drogie mieszkania. Ich srednia cena wyniosla okolo 17,3 tys. zl za m kw. –
Takze trojmiejscy deweloperzy funduja swoim potencjalnym klientom hustawke
nastroju. Jeszcze miesiac temu srednia cena metra kwadratowego nowych
mieszkan oferowanych w tej metropolii oscylowala wokol sredniej z konca
ubieglego roku. W maju byla od niej o 2 proc. wyzsza – podkresla ekspert.
Zaznacza, ze powodem jest zasilenie rynku przez deweloperow stosunkowo
drogimi mieszkaniami, przy wyprzedanej juz puli tych tanszych i ze sredniej
polki.

Bez pozwolenia trzymal weze, zolwie i jaszczurki Dziesiatki zwierzat
egzotycznych trzymal na stoisku i w mieszkaniu 54-latek, ktory ma wkrotce
uslyszec zarzuty nielegalnego posiadania gatunkow zwierzat niebezpiecznych
i podrabiania dokumentow. Mezczyzna zostal zatrzymany podczas targow
branzowych, wystawiajac zolwie i warany. W jego miejscu zamieszkania
znaleziono miedzy innymi martwego weza. Malopolscy policjanci zatrzymali
54-latka, ktory 2 czerwca na wystawie zwierzat i roslin egzotycznych w
Krakowie mial poslugiwac sie podrobionymi dokumentami dotyczacymi hodowli
gatunkow dziko zyjacych. Wedlug informacji mundurowych podczas wydarzenia
moglo dochodzic do nielegalnego handlu zwierzetami objetymi konwencja
waszyngtonska, zwana CITES. Podczas przeszukania stoiska i samochodu
54-latka policjanci zabezpieczyli cztery warany i 15 zolwi roznych
gatunkow. “W trakcie czynnosci ustalono, ze 54-letni
mieszkaniec wojewodztwa swietokrzyskiego na stoisku wystawowym okazywal
dokumentacje dotyczaca hodowli gatunkow dziko zyjacych zwierzat, ktora
mogla byc przerabiana” – czytamy w komunikacie malopolskiej policji.
Kolejne zwierzeta znaleziono podczas przeszukania miejsca zamieszkania
mezczyzny na terenie wojewodztwa swietokrzyskiego. Zabezpieczono tam
“martwego weza Trimeresurus, a takze zywe okazy 13 wezy Trimeresurus, weza
pytona siatkowego, weza zbozowego, 4 legwany fidzyjskie, 1 jaszczurke
Scynk, 4 jaszczurki Phelsuma Borbonica” – wylicza policja w komunikacie.
Zwierzeta zostaly przekazane bieglemu lekarzowi weterynarii. “Po wydaniu
opinii bieglego 54-latek moze uslyszec zarzut podrabiania dokumentow oraz
zarzut z Ustawy o ochronie przyrody dotyczacy nielegalnego posiadania
gatunkow zwierzat niebezpiecznych dla zycia i zdrowia ludzi” – czytamy w
oswiadczeniu.

“Grozil dziewczynce nozem, zadal pieniedzy, ukradl jej telefon” Do napadu
na 16-latke doszlo w Plocku. Z ustalen policji wynika, ze napastnik grozil
jej nozem, zadal pieniedzy, a nastepnie ukradl telefon komorkowy.
Zatrzymany zostal 35-latek, okazalo sie, ze wczesniej byl juz karany. Do
napadu na 16-latke doszlo w niedziele, 2 czerwca, w Plocku, w rejonie
dworca autobusowego. “Sprawca grozil dziewczynce nozem, zadal od niej
pieniedzy, a nastepnie ukradl jej telefon komorkowy” – poinformowala we
wtorek rzeczniczka Komendy Miejskiej Policji w Plocku podkom. Monika
Jakubowska.

“Na szczescie nastolatce udalo sie uciec dzieki reakcji przechodnia, ktory
o rozboju powiadomil policje” – powiedziala Jakubowska.

Policja: mezczyzna byl wczesniej karany

Po otrzymaniu zgloszenia funkcjonariusze podjeli poszukiwania napastnika
niedaleko dworca autobusowego. Mial przy sobie noz i skradziony telefon.
Zatrzymany byl wczesniej karany za podobne przestepstwa i spedzil kilka lat
za kratkami. “Podczas przesluchania 35-latek przyznal sie do winy. Decyzja
sadu zostal tymczasowo aresztowany na trzy miesiace” – dodala podkom.
Jakubowska. Grozi mu do 20 lat pozbawienia wolnosci.

Paraliz na lotnisku w Warszawie. Do akcji musialy wkroczyc sluzby Granat,
dynamit i dwie bomby zadeklarowali w bagazu podczas kontroli bezpieczenstwa
trzej podrozni odlatujacy w sobote z lotniska Chopina w Warszawie.
Incydenty wystepujace w polgodzinnych odstepach doprowadzily do poteznych
utrudnien na glownym stolecznym lotnisku. W kazdym przypadku musiala bowiem
interweniowac Straz Graniczna. Potencjalnie niebezpieczna sytuacja miala
miejsce na lotnisku im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Straz Graniczna
poinformowala o sobotniej akcji w specjalnym komunikacie.

21-latek przed odlotem do Nicei we Francji oswiadczyl, ze w jego bagazu
znajduje sie granat. Z kolei 32-latek lecacy do hiszpanskiej miejscowosci
Alicante stwierdzil, ze przewozi dwie bomby. 44-letni mieszkaniec powiatu
wyszkowskiego podczas odprawy na samolot na grecka wyspe Kos poinformowal
natomiast, ze przewozi dynamit.

“Kazdy z incydentow nastepowal po sobie co pol godziny, utrudniajac
plynnosc odpraw” – przekazal Nadwislanski Oddzial Strazy Granicznej. W
sprawie 21-, 32- i 44-latka interweniowali funkcjonariusze z Grupy
Interwencji Specjalnych z jednostki Strazy Granicznej na lotnisku
Warszawa-Okecie, wszczynajac odpowiednie procedury bezpieczenstwa oraz
poddajac ich bagaze szczegolowej kontroli pod katem pirotechnicznym. Wynik
trzech badan okazal sie negatywny. “Podczas rozmowy z funkcjonariuszami
Strazy Granicznej kazdy z nich tlumaczyl sie, ze to byl glupi zart” –
napisali mundurowi.

Choc sytuacja zostala opanowana, zarty nie skonczyly sie jednak dobrze dla
samych podroznych. Przewoznicy obslugujacy odprawy na poszczegolne trzy
rejsy postawili wycofac mezczyzn z listy pasazerow. Jeden z podroznych
zostal ukarany mandatem karnym, a dwaj pozostali otrzymali wezwania do
stawiennictwa w jednostce Strazy Granicznej
na warszawskim lotnisku, gdzie
funkcjonariusze beda kontynuowac czynnosci w sprawie incydentow.

SPORT

Zaskakujaca wypowiedz Lewandowskiego. Takie slowa nie powinny pasc Pawel
Wilkowicz kilka lat temu napisal o Robercie Lewandowskim ksiazke pod
tytulem “Nienasycony”. W niedziele podczas konferencji prasowej kadry
okazalo sie, ze to juz nieprawda. Lewandowski, jesli chodzi o kadre,
zadnego niedosytu nie odczuwa – pisze w komentarzu Michal Kiedrowski ze
Sport.pl. Wielu kibicow reprezentacji Polski podczas niedzielnej
konferencji prasowej moglo poczuc duzy dyskomfort. Ja poczulem nawet cos
duzo wiecej niz tylko dyskomfort. Oto Robert Lewandowski zostal zapytany,
czy czuje niedosyt wobec swojej kariery reprezentacyjnej, bo nigdy na
wielkiej imprezie pilkarskiej nie zdobyl z kadra medalu. Z rozbrajajaca
szczeroscia Lewandowski odpowiedzial: – Jesli chodzi o medale na
turniejach, to trzeba byc szczerym. To byly misje niemozliwe, wiec nie mam
takiego niedosytu. Zawsze mozna marzyc, ale trzeba pozostac realista. Nigdy
nie mialem poczucia, ze mamy reprezentacje na medal. A ze jestem szosty raz
na wielkim turnieju, to jest to sukces, bo kiedys wcale nie byl to standard
reprezentacji. Chce jednak wyciagnac z tego turnieju maksa. W
przeciwienstwie do Roberta Lewandowskiego

ja akurat podczas wszystkich tych imprez, na ktore kadra Nawalki, Sousy,
Michniewicza czy Beenhakkera awansowala, czy tez kadra Smudy awans dostala
z urzedu, w medal wierzylem
.
Nie to, zebym uwazal, ze kadra ma potencjal. Pod tym wzgledem bylem
racjonalista. Chodzilo o cos innego. O to, ze na takiej imprezie jak
mundial czy Euro naprawde dzieja sie cuda. Dzieki wierze, konsekwencji i –
co tu ukrywac – lutowi szczescia mozna dokonac wielkich rzeczy. Akurat pilka
nozna zna wiele takich
przypadkow. I bardzo sie dziwie Lewandowskiemu
, ze w tym kontekscie
mowi, iz czuje sie spelniony jako reprezentant kraju. Od pilkarza, ktoremu
nalezala sie Zlota Pilka
,
od najlepszego zawodnika globu w plebiscycie FIFA wymagam duzo wiecej niz
bycia realista. Oczekiwalbym chocby malej refleksji w stylu: “Kurcze,
szkoda, w historii reprezentacji Polski wiecej beda znaczyc tacy napastnicy
jak Marek Kusto czy Andrzej Iwan. Oni co prawda nastrzelali dla kadry o
wiele mniej goli, ale zapisali sie w historii medalami mistrzostw swiata”.
Po wielkim pilkarzu oczekiwalbym wielkiej ambicji, a nie zadowolenia, ze
uda sie znow zagrac na turnieju, na ktory latwiej jest awansowac niz nie
awansowac. Przynajmniej dla takiego kraju jak Polska: duzego, w miare
bogatego i z duzymi tradycjami pilkarskimi. W tym miejscu wypada tylko
podziekowac, ze Kazimierzowi Deynie – kapitanowi kadry z mundialu 1974 r. –
nikt nie powiedzial, ze powinien byc realista. Przeciez awans z grupy, w
ktorej los zlaczyl kadre Kazimierza Gorskiego z Argentyna
i Wlochami, tez byl misja z
gatunku tych niemozliwych. A tu warto jeszcze przypomniec, ze Polska
jechala na pierwsza od 36 lat wielka pilkarska impreze. Realista nie byl
tez kapitan reprezentacji Polski w 1982 r. Wladyslaw Zmuda. Jemu tez nikt
nie powiedzial, ze druzyna, ktora nie miala normalnych przygotowan, nie ma
szans na mundialu. A przeciez wtedy w kraju byla bida z nedza, wojsko stalo
na ulicach, a z reprezentacja kraju rzadzonego przez wojskowa junte
generala Jaruzelskiego nikt nie chcial grac. Nawet zaprzyjaznione kraje
tzw. demokracji ludowej. I w obu tych przypadkach Polacy, choc nikt
praktycznie szans im nie dawal, przywozili z mundialu medale.

Bale z kadra zdobyl medal i mogl potem zajac sie golfem

Na pewno realistami nie byli kapitanowie Danii i Grecji, gdy zaczynali
turnieje mistrzostw Europy, po ktorych ich druzyny siegaly po zloto.
Pierwsi dokooptowani zostali do turnieju w 1992 r. w ostatniej chwili, a ci
drudzy w przeddzien turnieju w 2004 r. przegrali nawet z Polska. Na pewno
realista nie byl Gareth Bale, gdy poprowadzil Walie do polfinalu mistrzostw
Europy w 2016 r. Mozna sie z niego smiac, ze ostatnie lata kariery spedzil
na polu golfowym, ale to, co najwazniejsze, w zyciu pilkarza osiagnal. I w
klubie, i w reprezentacji.

Tu mozna z przekasem zauwazyc, ze gdyby nie zbytni realizm Lewandowskiego
to i on na tym turnieju cieszylby sie z tego samego z reprezentacja Polski.
Okazja byla niepowtarzalna. Z Portugalia w cwiercfinale przegralismy
dopiero po karnych. I naprawde nie o to chodzi, czy Lewandowski jest ze
swojej kariery zadowolony, czy nie. Nie o to chodzi czy jest realista, czy
marzycielem. Ja tylko chcialbym, zeby kapitan reprezentacji Polski byl
sportowcem, ktory przed byc moze swoim ostatnim wielkim turniejem z kadra
nie mowi, ze jest sytym kotem, ktory wszystko, co mogl, to juz osiagnal, a
wiecej sie nie dalo. W tym kontekscie jego slowa, ze chce “wyciagnac z tego
turnieju maksa” zabrzmialy jak alibi majace oslabic realistyczna i blizsza
dzis kapitanowi kadry czesc wypowiedzi.

Bo jesli jest tylko realista, to wie, ze nikt nam zadnych szans na Euro
2024 nie daje i “realistycznie” nawet punkty sa misja niemozliwa. Moze wiec
od razu wezmy czwarte miejsce w grupie i nie bawmy sie w ten
nieprzewidywalny sport, jakim jest pilka nozna?

Sygnal ostrzegawczy dla Polakow. Austriacy zrobili demolke w trzy minuty Od
poczatku 2023 roku reprezentacja Austrii przegrala zaledwie tylko jeden
mecz. Nie zmienilo sie to we wtorkowe popoludnie, w ktore grupowi rywalce
Polski na Euro 2024 pokonali w meczu towarzyskim Serbie 2:1. Samo spotkanie
nie bylo specjalnie porywajace, ale Austriacy w trzy minuty pokazali, ze
potrafia w moment stworzyc zagrozenie pod bramka rywali i w ostatecznosci
trafic do siatki. W drugiej polowie maja reprezentacja Austrii przedstawila
kadre na Euro 2024.

Najwiekszym nieobecnym jest kapitan Austriakow i pilkarz Realu Madryt –
David Alaba. Obronca jednak pojedzie na turniej w roli czlonka sztabu
szkoleniowego Ralfa Rangnicka. Grupowi rywale reprezentacji Polski kilka
dni temu rozpoczeli zgrupowanie i we wtorkowy wieczor rozegrali pierwszy z
dwoch meczow towarzyskich przed Euro
2024
.
Pierwszy sparing Austria rozegrala przeciwko Serbii. I zaczela ten mecz
w piorunujacy sposob. Juz w 10.
minucie do siatki Serbow trafil Patrick Wimmer, ktory wykorzystal znakomite
prostopadle podanie Christopha Baumgartnera. Trzy minuty pozniej pomocnik
RB Lipsk zdobyl gola na 2:0, gdy wykorzystal podanie w tempo od Floriana
Grillitscha. Taki poczatek spotkania dotknal Serbow, ktorzy jednak z
kolejnymi minutami zaczeli dochodzic coraz bardziej do glosu. To przelozylo
sie na nieco szczesliwe, ale kontaktowe trafienie Strahinji Pavlovicia w
35. minucie. Do przerwy bylo 2:1 dla Austrii. W drugiej polowie obie
druzyny nie forsowaly specjalnie tempa, co bylo widac po tworzonych
sytuacjach podbramkowych. Ostatecznie Austria do konca utrzymala
jednobramkowe prowadzenie i wygrala 2:1.

Tym samym reprezentacja Austrii od poczatku 2023 roku rozegrala 13 meczow,
z ktorych az 10 wygrala, dwa zremisowala, a tylko jeden przegrala. Bilans
bramkowy? 30:10. To powazne ostrzezenie dla grupowych rywali na Euro 2024,
w tym Polski. Przed Euro 2024 reprezentacja Austrii rozegra mecz towarzyski
ze Szwajcaria (8 czerwca). Na samym turnieju w grupie D Austriacy zagraja
kolejno z Francja (17 czerwca), Polska (21 czerwca) i Holandia (25 czerwca).

Oto najlepszy klub pilkarski w Polsce. “Cos wielkiego”. Przeszli do
historii Dwa dni przed meczem z Warta Poznan Adrian Siemieniec odwolal
trening. Zamowilismy pizze i przygotowalismy dla pilkarzy filmik
motywacyjny ze wszystkimi zdobytymi bramkami. Na tej pizzy zdobylismy
mistrzostwo Polski – usmiecha sie kierownik Jagiellonii Bialystok Arkadiusz
Szczesny. On, Rafal Grzyb, Jesus Imaz, Lukasz Maslowski i Wojciech
Pertkiewicz odslaniaja w Sport.pl kulisy tego sezonu. Czwartki z reguly sa
u Adriana Siemienca nieco lzejsze, ale ten 23 maja, dwa dni przed meczem z
Warta Poznan, byl wyjatkowy. Media trabily juz, ze Jagiellonia Bialystok
moze zdobyc pierwsze w historii mistrzostwo Polski. Podkreslaly, ze
wszystko ma w swoich rekach i gra z zespolem walczacym o utrzymanie, wiec
jest zdecydowanym faworytem. Ale obok trwala dyskusja, ze wlasnie presja
moze ja przytloczyc. Zenon Martyniuk juz szykowal sie do przedmeczowego
koncertu, autobus z odkrytym dachem jechal w strone Bialegostoku, chlodzily
sie szampany, a na rynku rozkladali telebim. Z jednej strony – trzeba to
bylo przygotowac. Z drugiej – wszechobecne napiecie i wyczekiwanie moglo
byc dla pilkarzy przytlaczajace. W sztabie wiedzieli, ze kluczowe bedzie
zdjecie z pilkarzy presji, odsuniecie ich od calego zgielku i takie
zarzadzanie zewnetrznymi emocjami, by napedzily ich do zwyciestwa, a nie
sparalizowaly. Latwo powiedziec, trudniej zrobic. Akurat w czwartek
odbywaly sie u nas w bazie Akademie Klasy Ekstra, wiec byl straszny
harmider. Oczywiscie, dalo sie zrobic trening, ale trener wymyslil cos
innego. Pilkarze niczego nie wiedzieli, przyjechali jak zwykle, przebrali
sie i przeszli do sali na odprawe wideo. Zamiast analizy trener pokazal im
wszystkie zdobyte przez nich bramki i droge do tego momentu. W tym czasie
wnieslismy do szatni pizze. Na koniec trener powiedzial: “Panowie, to
wszystko na dzisiaj. W szatni macie pizze. Posiedzcie, zjedzcie i jedzcie
wczesniej do domow. Nie ma treningu”. Pilkarze ze soba porozmawiali,
posmiali sie, pograli w darta, dla chetnych byla silownia. Ale chodzilo
przede wszystkim o relaks, rozprezenie sie i wprowadzenie luzu – opowiada
Arkadiusz Szczesny, kierownik Jagiellonii
,
ktory podkresla, ze Siemieniec w trakcie sezonu wielokrotnie zaskakiwal go
tego typu decyzjami.

– Nie pamietam juz, przed ktorym meczem w mediach glosna byla taka
narracja, ze Jagiellonia musi wygrac i wykorzystac potkniecia rywali.
Pojawiala sie presja na zwyciestwo, coraz wiecej mowilo sie, ze walczymy o
mistrzostwo. Czesto na treningach mielismy male gry. Trener poprosil wtedy,
zeby przygotowac dla wygranej druzyny medale i dyplom “Dla zwyciezcow
treningowych gierek”. Rozladowanie napiecia, usmiech, duzo zartow.
Siemieniec przed swietami Bozego Narodzenia kupil tez drobne upominki dla
dzieci swoich pilkarzy, a pozniej jezdzil od domu do domu i jak Swiety
Mikolaj wreczal im prezenty. – Jest naprawde kreatywny – usmiecha sie
dyrektor Lukasz Maslowski. Wprawdzie na poczatku przestrzegal trenera, ze
zbyt wyrazne zaciesnienie relacji z pilkarzami moze byc ryzykowane, ale
zauwazyl, ze Siemieniec dziala z odpowiednim wyczuciem i naturalnoscia. Sam
dostal od niego we wrzesniu medal dla dyrektora miesiaca. Siemieniec zostal
wtedy wybrany przez Ekstraklase najlepszym trenerem i chcial podkreslic, ze
wszyscy w zespole pracowali na jego sukces. Pilkarze dostali od niego
puchar dla druzyny miesiaca, a pracownicy medale: dla najlepszego prezesa,
kierownika, fizjoterapeuty. Nie zapomnial o nikim. Pierwotny plan byl taki,
zeby w tym tekscie ani razu nie wspomniec o Tedzie Lasso. Ale juz po
pierwszych rozmowach z ludzmi, ktorzy z bliska przygladali sie pracy
Siemienca, wiedzielismy, ze choc ta karta jest juz nieco zgrana, musimy do
niej wrocic raz jeszcze. Niemal wszyscy zaangazowani w zdobycie mistrzostwa
Polski przez Jagiellonie sami wspominali o tym serialu. Dosc powiedziec, ze
w szatni mistrzow Polski wisialy plakaty niemal identyczne, jak kultowy
“BELIEVE”, powieszony przez Lasso w fikcyjnym AFC Richmond. Siemieniec
dorzucil do niego jeszcze dwa inne: “COURAGE” i “PASSION”, czyli “odwaga” i
“pasja”. A kto ogladal mecze Jagiellonii, ten wie, ze nie byly to puste
hasla. Na poczatku czesc pilkarzy nawet nie wiedziala, ze plakaty sa
oczywista inspiracja z serialu Apple. Te hasla padly w szatni Jagiellonii
juz pod koniec poprzedniego sezonu, wiec nikt nie byl szczegolnie
zaskoczony, gdy trener w koncu postanowil je spisac. Serial nadrobili go
dopiero pozniej, gdy ich trener byl juz na potege zestawiany z fikcyjnym
Tedem Lasso. – Plakaty przyjely sie u nas na dobre. Zabieralem je tez na
kazdy wyjazdowy mecz. Raz zdarzylo sie, ze mialem je przygotowane, ale
zapomnialem przykleic. Zawodnicy sami zwrocili mi uwage, ze nie ma naszych
kartek. Od razu zauwazyli, ze ich brakuje – opowiada Szczesny.

Skad w ogole to porownanie do Teda Lasso? Rok temu pojechalismy do
Bialegostoku na blisko dwugodzinna rozmowe z 31-letnim trenerem
wyciagnietym z klubowych rezerw, ktory uratowal Jagiellonie przed spadkiem.
I doznalismy olsnienia: mowil jak Lasso. Nie o pilce, bo na niej zna sie
znakomicie w przeciwienstwie do tytulowego bohatera serialu, ale o
ludziach. Stwierdzil na przyklad: “Kocham pilkarzy” albo “Czlowiek jest
najwazniejszy”. Proste zdania, ktorych jednak nie uslyszelismy od zadnego
innego trenera. A wlasnie na uczuciach, niezwyklej empatii i wrazliwosci
bazowal Lasso. Byl trenerem futbolu amerykanskiego, ktory w dosc
przypadkowy sposob trafil do Premier League. Nie znal nawet zasad pilki
noznej, ale za to doskonale znal sie na ludziach. Nie probowal docierac do
glow – czy tez nog pilkarzy – ale trafial prosto do ich serc. Nie mial
pojecia o taktyce, wystarczalo mu niezwykle wyczucie w kontaktach z ludzmi.
To jasne, ze trener, ktory nie zna sie na pilce, ale z powodzeniem pracuje
w Premier League, mogl istniec tylko w serialu. Ale dlugo wydawalo nam sie
tez, ze nie istnieje trener rownie cieply, naturalny i empatyczny jak
Lasso. Az poznalismy Siemienca. Historia Jagiellonii z tego sezonu moglaby
spokojnie posluzyc za scenariusz serialu. Oto mlody trener bez
doswiadczenia w najwyzszej lidze najpierw uratowal zespol przed spadkiem,
skonczyl sezon na 14. miejscu, a juz rok pozniej prowadzil druzyne do
mistrzostwa i zostal wybrany trenerem sezonu. Analitycy po pierwszej
kolejce dawali Jagiellonii 0,01 proc. szans na mistrzostwo, a ona nie dosc,
ze je zdobyla, to jeszcze strzelala srednio 2,26 bramki na mecz, wiec
zostala najbardziej bramkostrzelnym mistrzem od 15 lat. Grala widowiskowo,
dla bezstronnych obserwatorow jej mecze czesto byly najciekawszymi w
kolejce. Ciekawie bylo do samego konca. Jeszcze w przedostatniej kolejce
mogl nastapic zwrot akcji, po ktorym mistrzem zostalby Slask Wroclaw.
Jagiellonia grala wtedy z Piastem Gliwice i w 77. minucie stracila bramke
na 0:1 po niesamowitym strzale Michael Ameyawa. Slask kilka godzin
wczesniej wygral 2:0 z Radomiakiem Radom i przy tym wyniku Jagiellonii
wskakiwal na pierwsze miejsce w tabeli. Az zrobilo mi sie slabo.
Autentycznie ukleknalem, oparlem sie o tablice do sygnalizowania zmian i
nie moglem sie podniesc. To pokazuje, jak wazny byl ten mecz – opowiada
Szczesny. Dopiero w 90. minucie Jesus Imaz rzutem na tasme strzelil
wyrownujacego gola. – Ten gol byl zdecydowanie najwazniejszym w mojej
karierze. Upraszczal sytuacje w tabeli przed ostatnia kolejka. Bylo jasne:
jesli wygramy, bedziemy mistrzem. Po meczu
z Piastem otrzymalem mnostwo
wiadomosci od kibicow, takze tych zabawnych. Najlepsze bylo to, jak ktos
sie zaoferowal byc za darmo niania dla mojego synka, jesli sobie tego
zycze. Ciesze sie, ze moglem dac kibicom tak wiele radosci – mowi Imaz.

Pomysl z zamowieniem pizzy i wolnym czwartkiem okazal sie trafiony.
Pilkarze Jagiellonii w ostatniej kolejce zagrali lekko i swobodnie, jakby
wizja zdobycia pierwszego mistrzostwa w historii klubu zupelnie nic nie
wazyla. Juz w 26. minucie meczu z Warta Poznan bylo 3:0. Po dreszczowcu w
Gliwicach taka sielanka byla kibicom bardzo potrzebna. Dyrektor Lukasz
Maslowski kilka miesiecy temu porownal wyscig o mistrzostwo Polski do
wyscigu samochodowego. Ze wzgledu na roznice w budzetach Jagiellonia miala
byc jak opel corsa, a Legia Warszawa, Lech Poznan i Rakow Czestochowa jak
porsche 911. Pozniej prezes Wojciech Pertkiewicz w rozmowie ze Sport.pl
zartowal, ze mozna jechac porsche caly czas na pierwszym biegu i nie umiec
ich zmieniac, a wtedy corsa wystarczy wrzucic czworke. – Trzymajac sie
metafory: skoro nie mielismy pieniedzy na porsche, to chcielismy tuningowac
i ulepszac corse. Zmiany nie zaczely sie u nas 1 lipca. Juz wczesniej
rozrysowalismy sobie z dyrektorem Maslowskim plan i powoli, kilometr po
kilometrze, jechalismy do przodu – mowil.

Na to zwraca uwage jeszcze kilku naszych rozmowcow. Droga Jagiellonii do
mistrzostwa Polski nie zaczela sie w tym sezonie, a juz w poprzednim, gdy
druzyne przejal Siemieniec. Maslowski wierzyl w niego od poczatku, znal go
z rezerw, pomysl powierzenia mu pierwszej druzyny zrodzil sie w jego
glowie. Przekonywal Pertkiewicza, ze to najlepszy wybor, bo reagowac trzeba
bardzo szybko, a Siemieniec zna wiekszosc pilkarzy z wczesniejszej pracy u
boku Ireneusza Mamrota albo z pracy w akademii, przygladal sie treningom
Macieja Stolarczyka, ogladal wszystkie mecze Jagiellonii, a jego wizja
futbolu byla bardzo zblizona do oczekiwan, ktore mieli Maslowski i
Pertkiewicz. Wiedzielismy, z kim mamy do czynienia, ale mimo to obawialem
sie, czy 32-letni trener sobie poradzi, gdy wejdzie do szatni pelnej
facetow z duzym ego, napedzanych testosteronem, ktorzy sa zawiedzeni i zli
z racji pozycji w tabeli – przyznaje Pertkiewicz. – Inaczej zarzadza sie
druzyna rezerw, ktora gra bardzo mlodymi chlopakami, wlasciwie juniorami, a
inaczej wchodzi sie z marszu do pierwszej druzyny, ktora od razu trzeba
kupic. Adrian nie mial czasu. To musialo wypalic natychmiast. Lukasz
Maslowski mnie przekonywal, ze moze Adrian nie trafi w poprzeczke z 36
metrow pierwszym kopnieciem, ale przekona pilkarzy merytoryka, kupi ich
pomyslowoscia i empatia, zyska na tym, ze jest szczery. I tak sie stalo.

Siemieniec najpierw opowiedzial pilkarzom o sobie, a pozniej o wartosciach,
w ktore wierzy. Na pierwszych spotkaniach mniej mowil o taktycznych
niuansach, bo skupial sie na wskrzeszeniu wiary w utrzymanie. Jak
zwykle – mowil duzo. Do calej grupy, ale rozmawial tez indywidualnie. Juz w
pierwszym tygodniu niemal z kazdym pilkarzem spotkal sie w cztery oczy. –
Troche sie pousmiechalismy, troche porozmawialismy. Ja tak pracuje.
Zaczynam od budowania relacji z ludzmi i stawiania pytan. Nigdy nie
opiniuje zachowan pilkarzy, tylko staram sie zrozumiec, dlaczego zachowuja
sie w dany sposob. Zawsze chce zrozumiec przyczyne, bo najczesciej cos
wynika z czegos. Zeby dobrze zarzadzac szatnia, musze najpierw zrozumiec
pilkarzy. Jesli nie bede rozumial tego, co dzieje sie w ich glowach, co z
czego wynika, to nie bede w stanie im pomoc – tlumaczyl w wywiadzie dla
Sport.pl. Pilkarze szybko wylapia, czy ktos jest dobrym fachowcem. Adrian
nigdy nie gral w pilke na wysokim poziomie, ale doskonale czuje szatnie.
Interpretuje emocje, ktore sie w niej pojawiaja i potrafi idealnie trafic w
to, czego pilkarze w danym momencie oczekuja. Wie, kiedy sie usmiechnac,
kiedy zachowac powage, kiedy podniesc glos, a kiedy postawic na spokoj. Po
bardzo krotkim czasie wielu pilkarzy mowilo, ze nigdy nie pracowalo z
lepszym trenerem – opowiada Szczesny. – Zartujemy z tego “Teda Podlasso”,
ale miedzy nimi faktycznie jest sporo podobienstw. Na przyklad Ted w
serialu sluchal porad kitmana [osoby odpowiedzialnej za skompletowanie
stroju na mecze i treningi – red.], ktorej nikt w klubie wczesniej nie
szanowal. Pozniej wlaczyl go do swojego sztabu jako asystenta. Gdyby np.
nasz greenkeeper podrzucil trenerowi jakis pomysl, cos doradzil, to jestem
przekonany, ze Adrian by to przemyslal. On wie, ze czasem ktos wpadnie na
nieoczywisty pomysl albo ma ciekawa obserwacje, ktora warto wziac pod
uwage. Trener na nikogo sie nie zamyka. Z kazdym rozmawia, kazdego
wyslucha – dodaje kierownik Jagiellonii.

– Gdy przejal zespol, bardzo czesto pytal nas, najbardziej doswiadczonych
zawodnikow, o zdanie. Jak wedlug nas wyglada

zespol, co nalezy zmienic, jak odbieramy aktualne treningi, czy czegos
musimy robic wiecej, a moze czegos mniej. Pytal nas o to naprawde czesto.
Widac bylo, ze chce sie z tego jak najwiecej nauczyc. Ale zdolal tez kupic
nas swoja osoba, ambicja oraz spojrzeniem na pilke – wyjasnia Jesus Imaz,
jeden z boiskowych liderow druzyny. Z perspektywy czasu remis Jagiellonii
ze Slaskiem Wroclaw 1:1 z poprzedniego sezonu wyglada niepozornie. Oba
zespoly byly wtedy w zupelnie innej sytuacji i zamiast o mistrzostwo
walczyly o utrzymanie. Wspominamy o nim dlatego, ze jest symboliczna lekcja
odwagi, jaka dostal Siemieniec od Maslowskiego i wyraznie pokazuje
kierunek, w ktorym chcialy isc wladze Jagiellonii.

Spotkanie przebiegalo tak, ze Slask pod koniec pierwszej polowy wyszedl na
prowadzenie, a Marc Gual wyrownal wynik w 65. minucie. Jagiellonia miala
przewage od poczatku meczu, stwarzala wiele dobrych okazji, ale Gual i Imaz
dlugo nie mogli trafic do bramki. W 83. minucie Michal Pazdan dostal druga
zolta kartke, wiec Siemieniec wprowadzil na boisko Mateusza Skrzypczaka –
srodkowego obronce w miejsce Nene – kreatywnego pomocnika. Pozniej dlugo
zwlekal z przeprowadzeniem kolejnych zmian. Bronil remisu, ktory z punktu
widzenia wczesniejszego przebiegu meczu byl dla Jagiellonii niekorzystny.
Nie chcial ryzykowac i w koncowce dazyc do zwyciestwa. Wladze Jagiellonii
po zakonczeniu spotkania byly tym nieco rozczarowane. Zabraklo mi w tym
meczu odwagi. Pierwszy raz czulem, ze ryzyko bedzie nieodpowiedzialne z
punktu widzenia tabeli. Mialem takie przeswiadczenie jako trener, ze nie
moge tego meczu przegrac. Bardzo chcialem go wygrac, ale jeszcze bardziej
nie chcialem przegrac. To nie wynikalo z mojej mentalnosci. To bylo wrecz
wbrew tej mentalnosci, bo chce wygrywac zawsze. To byla odpowiedzialnosc.
Wiedzialem, ze porazka moze byc katastrofalna w skutkach, dlatego
dokonywalem zmian pozno i byly one bardziej asekuracyjne. Nie jestem z tego
zadowolony, ale z drugiej strony jestem tez troche z siebie dumny, ze
zachowalem sie jak doswiadczony trener, a nie jak mlody synek, ktory
wchodzi do ekstraklasy. Troche wbrew swojej naturze – wyjasnial Siemieniec
w rozmowie ze Sport.pl.

Po meczu Maslowski powiedzial mu tak: – Chcemy, zebys zawsze byl odwazny.
Musisz byc odwazny. Wiesz, ja tez musialem taki byc, zeby na ciebie
postawic. Lato bylo w Jagiellonii kluczowe. Zaczal sie – pozyczajac
porownanie od prezesa Pertkiewicza – tuning opla corsy. Zmiany zaszly na
niemal wszystkich polach – nowi pilkarze, nowi trenerzy w sztabie,
przebudowany dzial medyczny, nowe porzadki w funkcjonowaniu zespolu
wprowadzane przez Siemienca. Budowa na calego. Ale na fundamentach wylanych
w poprzednich miesiacach.

Do sztabu trenerskiego dolaczyl Mikolaj Luczak jako nowy asystent i Mariusz
Boldyn jako trener bramkarzy. Doszly kolejne osoby od przygotowania
fizycznego, odnowy biologicznej i fizjoterapii, a na czele dzialu
medycznego stanal dr Michal Kwiatkowski, ktory poprosil, by pilkarze
codziennie rano poprzez aplikacje w telefonie raportowali – jak spali, jak
sie czuja, co im doskwiera, czy czuja sie w pelni gotowi do treningow.
Sztab medyczny zawiazal bardzo bliska wspolprace z trenerami przygotowania
fizycznego. W klubie kupili tez nowy sprzet pozwalajacy precyzyjniej
mierzyc poziom zmeczenia zawodnikow. Drobnych zmian bylo jeszcze wiecej.
Przyniosly oczekiwany skutek – kluczowi zawodnicy Jagiellonii byli do
dyspozycji przez caly sezon. Pertkiewicz opowiada, jak bardzo zalezalo
Siemiencowi na zmianach w tym obszarze. – Pierwszy raz spotkalem sie z
czyms takim, ze przed sezonem, gdy mielismy juz rozplanowany budzet i
rozrysowany sklad, to na jednej pozycji wciaz widnial “wakat”, a obok
kwota, ktora mozemy wydac. Trener z dyrektorem powiedzieli, zeby nie
przejmowac sie tym wakatem, bo nie chca juz wiecej zawodnikow, a pieniadze
pierwotnie przeznaczone na nowego pilkarza woleliby zainwestowac w sztab
medyczny. Tak zrobilismy. Trenerzy z reguly chca miec jak najwiecej
zawodnikow, ale tutaj wyszla madrosc, rozsadek i wyczucie Adriana, co
bardziej pomoze zespolowi i klubowi.

– Michal Kwiatkowski wprowadzil sporo zmian w protokolach medycznych. Na
poczatku pytalem: “Naprawde je analizujecie? Naprawde z nich korzystacie?
Nie zawracacie pilkarzom glowy bez sensu?”. Mowili, ze to potrzebne i im
pomoze – opowiada prezes Jagiellonii. – Pozniej widzialem statystyki, ktore
jasno pokazaly, ze liczba dni, w ktorych pilkarze byli niedostepni znacznie
spadla. Zobaczylem krzywa z kontuzjami, ktora z kazdym polroczem spadala,
bo poprawilismy prewencje i ograniczylismy m.in. liczbe kontuzji
miesniowych. A to mialo przelozenie na ksztalt zespolu, bo dzieki temu, ze
nie mielismy dlugotrwalych urazow, zima nie musielismy sprowadzac zadnego
dodatkowego pilkarza. Wzielismy tylko Jetmira Halitiego za Milosza Matysika
i Kaana Caliskanera. Nie potrzebowalismy dodatkowych wzmocnien, bo wszyscy
byli zdrowi. W poprzednich latach kadra miala blisko 30 zawodnikow, ale ich
podatnosc na kontuzje byla znacznie wieksza. Pisalismy juz, ze Siemieniec
nie mowi do pilkarzy z ambony, tylko traktuje po partnersku. Wierzy w ich
doswiadczenie i inteligencje. Zadaje sporo pytan, chce poznac ich zdanie, a
pozniej znalezc kompromis. Tu mamy dobry przyklad: – Czwartek najczesciej
byl takim dniem dla pilkarzy. Trener przychodzil do szatni i mowil
zawodnikom, ze maja sami zdecydowac, czy wola tego dnia cwiczyc w silowni,
czy na boisku. Oddawal czesc odpowiedzialnosci za przygotowanie im samym,
bo wierzyl, ze sami najlepiej znaja swoje ciala i czuja, co najlepiej
pomoze im przygotowac sie do meczu. Niczego nie narzucal. Zawodnicy mogliby
byc podejrzliwi, ze to jakis test, pulapka, ze kto pojdzie na boisko, ten
pokazuje swoje zaangazowanie, ale trener zastrzegal, ze to ich decyzja i
nie wyciaga z tego zadnych wnioskow. Nich robia to, co czuja, ze bedzie dla
nich najlepsze – mowi Szczesny.

Rafal Grzyb, asystent Siemienca, pokazuje go z mniej znanej strony – jako
swietnego organizatora, ktory bardzo precyzyjnie planuje, jak ma
funkcjonowac zespol i wszyscy wokol niego. – Doslownie kazdy ma swoj
obszar, za ktory odpowiada, a Adrian jest jak centrala, ktora to wszystko
spina. Kluczowa jest wspolpraca miedzy poszczegolnymi dzialami: by na
przyklad sztab medyczny wymienial sie wszystkimi informacjami i
wspolpracowal w kazdym aspekcie z trenerami przygotowania fizycznego.
Bardzo poprawilismy sie pod wzgledem organizacyjnym. Dzisiaj kazdy
precyzyjnie wie, za co odpowiada, kazdy raportuje o swoim obszarze i
wspolpracuje z pozostalymi. To wszystko jest dopilnowane i spinane w calosc
przez trenera. Maslowski letnie okno transferowe powinien oprawic w ramke
i powiesic w swoim gabinecie. Jak zwykle polegal na transferach
bezgotowkowych i nie mogl szalec podczas negocjacji kontraktowych, bo jak
twierdzi sam dyrektor, Jagiellonia pod wzgledem budzetu przeznaczonego na
pensje wciaz jest w dolnej polowie tabeli ekstraklasy. Musial wiec
nadrabiac kreatywnoscia, precyzyjnym skautingiem i – coz – kompetencjami
pozwalajacymi przewidziec, jak pilkarz wyciagniety z nizszych zagranicznych
lig odnajdzie sie w ekstraklasie. Afimico Pululu w poprzednim sezonie
rozegral zaledwie 146 minut i strzelil jednego gola w Greuther Furth, czyli
w przecietnej druzynie 2. Bundesligi. W Jagiellonii zdobyl 12 bramek i mial
4 asysty w 31 meczach. Kristoffer Hansen? Byl rezerwowym w Widzewie Lodz.
Adrian Dieguez? Spadal z Ponferradina do trzeciej ligi
. Dominik Marczuk?
20-latek juz w debiutanckim sezonie w ekstraklasie strzelil szesc goli,
mial 10 asyst, w marcu dostal
powolanie do reprezentacji Polski, zostal wybrany najlepszym mlodym
pilkarzem sezonu i byl o krok, by pojechac z kadra na Euro. Latem
Jagiellonia moze na nim sporo zarobic.

– Dwa lata temu wywrocilismy dzial skautingu do gory nogami. Dzisiaj, mimo
ze to jest tylko kilku pasjonatow pod wodza Grzeska Mankowskiego, dziala
swietnie i bardzo na tym korzystamy. Jak powiem, ze to sa cztery osoby, to
wszyscy stwierdza, ze co to za dzial” I bardzo dobrze. Niech nas
deprecjonuja. My wiemy, co robimy – usmiechal sie Wojciech Pertkiewicz. –
Pomysl trenera mogl byc odpowiednio realizowany dzieki wsparciu dyrektora
sportowego, ktory dostarczal do zespolu zawodnikow, ktorzy pasowali do jego
pomyslu i mieli jakosc adekwatna do potrzeb. Podejscie, w ktorym dopasowuje
sie zawodnikow do modelu gry, jest najdrozszym rozwiazaniem. Taniej jest
powiedziec trenerowi, ze ma trenowac tych pilkarzy, ktorzy juz sa w
druzynie i dostosowac do nich taki styl gry, ktory pozwoli jak najwiecej z
nich wycisnac. Nam udalo sie pogodzic jedno z drugim, czyli trener
dopasowal zawodnikow do stylu gry, nauczyl ich grac w ten sposob – chwala
mu za to, ale tez okna transferowe pokazaly, ze potrafimy znalezc pilkarzy,
ktorzy odpowiadaja potrzebom trener – dodal prezes Jagiellonii. Kluczowe
bylo to, ze przyszli do nas zawodnicy, ktorzy chcieli wejsc na wyzszy
poziom niz dotychczas i grac o cos wiecej. Chcieli pokazac, ze maja jakosc
i byli glodni sukcesu. Ambicja kilku zawodnikow byla podrazniona: Hansen
mial za soba nieudany sezon w Widzewie, Jose Naranjo i Dieguez spadli z
ligi, a Marczuk nie gral regularnie w pierwszej lidze. Chcieli sie pokazac.
To w polaczeniu z doswiadczeniem takich zawodnikow, jak ja Taras Romanczuk
czy Zlatan Alomerovic dalo dobra mieszanke – mowi Jesus Imaz. Jeszcze rok
temu nikt w Bialymstoku nie myslal o mistrzostwie. Ulge przynioslo
utrzymanie, a ambicja kazala zalozyc, ze w nowym sezonie Jagiellonia po
prostu zaoszczedzi wszystkim stresu i znajdzie sie w gornej polowie tabeli.
Taki byl podstawowy cel. Pilkarze mieli obiecane premie za zajecie miejsca
w gornej osemce. W ostatnich dniach prezes Pertkiewicz zartowal, ze
pierwszy tez jest w osemce. Ale dlugo ani zartow, ani rozmow o mistrzostwie
nie bylo. Siemieniec zaraz po fecie zostal zapytany, kiedy uwierzyl, ze
zostanie mistrzem Polski. Odpowiedzial, ze w 90. minucie ostatniego meczu z
Warta. Nawet jesli to przesada, to oddaje sposob myslenia, jaki narzucil w
calym klubie: mecz po meczu, bez wnikliwego analizowania tabeli, bez
przypisywania sobie punktow i symulowania wynikow innych meczow.
Szczegolnie w tak nieprzewidywalnym sezonie i przy tak rozchwianych
wynikach czolowych zespolow mialo to sporo sensu. Dopiero w przedostatniej
kolejce, przed meczem z Piastem, trener poszedl w narracje, ze idziemy po
marzenia. Wczesniej nikt nawet nie zajaknal sie, ze gramy o mistrzostwo.
Nie bylo samozachwytow: “Wow! Mozemy zdobyc tytul!”. To wyszlo naturalnie,
bo od poczatku sezonu trener wprowadzil prosta zasade: w kazdym kolejnym
tygodniu pracujemy na kolejne zwyciestwo i nie myslimy, co nam to da – mowi
Szczesny.

– “Mecz po meczu” brzmi jak slogan. I czesto jest pustym sloganem, bo wiele
osob tak mowi, ale na co dzien zupelnie sie do tego nie stosuje – mowi nam
jeden z pracownikow Jagiellonii. – Wielu trenerow mowi tez, ze chce grac
odwaznie, a w rzeczywistosci gani pilkarzy za kazdy blad. To jak oni
pozniej maja podejmowac w meczach ryzyko? Albo mowia, ze maja dobry kontakt
z pilkarzami, a na koniec i tak sa przekonani, ze wszystko wiedza
najlepiej, wiec robia po swojemu – dodaje. Trener wchodzi do szatni i daje
kazdemu zawodnikowi to, czego potrzebuje. Zawsze stoi pierwszy w kolejce do
pomocy. Ta dobra relacja pomiedzy sztabem szkoleniowym a pilkarzami jest
naprawde istotna, zeby moc osiagac sukcesy. To mialo miejsce w tym sezonie,
a nieraz ten dystans byl zdecydowanie wiekszy. Sztab myslal jedno,
zawodnicy drugie – mowi Jesus Imaz.

Odwaga, wiara, przekonanie i zmiany personalne daly Jagiellonii Bialystok
mistrzostwo Polski

Kazdemu z rozmowcow na koniec zadajemy to samo pytanie: co bylo kluczem do
zdobycia mistrzostwa? Rafal Grzyb: – Jednym slowem? Odwaga. Na kazdym
poziomie – od dyrektora, przez trenera, po pilkarzy, bo na koniec to oni
wychodza na boisko i o wszystkim decyduja, wiec musza miec odwage, zeby
grac do przodu i realizowac nasz pomysl. A patrzac po kolei, jak ukladal
sie sezon, to dobry poczatek pomogl zbudowac mentalnosc tej druzyny.
Zwyciestwa z Puszcza Niepolomice, Widzewem Lodz, Ruchem Chorzow i Gornikiem
Zabrze pokazaly, ze to moze byc inny sezon niz poprzedni. Wynik zawsze jest
dla pilkarza przekonujacy. Pokazuje, ze to, co robimy, przynosi efekty. Jak
pilkarz widzi, ze cos jest skuteczne, ze pomaga mu na boisku, to z tego
korzysta. A pozniej szlismy od meczu do meczu. Slabszy okres na poczatku
wiosny? Byl slabszy pod wzgledem wynikow, bo przeciez w drugiej polowie z
Lechem wlasciwie nie wychodzilismy z jego pola karnego. Faktycznie slabsze
bylo spotkanie z Ruchem, ktore szczesliwie zremisowalismy. Ale poza tym gra
i funkcjonowanie zespolu byly bardzo dobrze. Wiedzielismy, ze jesli
utrzymamy ten sposob gry, to wrocimy do wygrywania.

Jesus Imaz: – Kluczowa byla prawdziwa wiara w to, ze mozemy zrobic cos
wielkiego. Kazdy mecz traktowalismy tak, jakby byl on naszym ostatnim. W
kazdym chcielismy dobrze grac i kazdy chcielismy wygrac, ale nie
myslelismy, ze doprowadzi nas to do bycia liderem na kolejke przed koncem.
Trener natchnal nas wiara, ze jestesmy w stanie zdzialac cos wielkiego. Do
tego druzyna zostala bardzo wzmocniona trafionymi transferami przez
dyrektora sportowego. Arkadiusz Szczesny: – Przekonanie i prawdziwa wiara w
to, co robimy. Przegralismy jeden czy drugi mecz, ale nikt nie myslal wtedy
o zmianie systemu, nie watpil, ze wrocimy do wygrywania. Zmienila sie
energia w calym klubie, ale trzeba powiedziec, ze druzyna byla bardzo
zjednoczona. Zawodnicy swietnie sie znaja, duzo o sobie wiedza, sa blisko.
To wyszlo chocby przy robieniu prezentow swiatecznych. Ustalilismy kwote i
kazdy losowal, komu robi prezent. Okazalo sie, ze te upominki byly bardzo
spersonalizowane. Na przyklad Michal Sacek jest takim zawodnikiem, ktorego
na zgrupowaniach w ogole nie widac ani nie slychac, bo caly czas spi.
Dostal wiec zestaw do spania. Jakas poduszke, zatyczki, opaske.

Wojciech Pertkiewicz: Moge powiedziec, ze kluczowe byly zmiany personalne.
Przyszly do nas osoby z duza wiedza merytoryczna i animuszem do pracy.
Poczawszy od Adriana Siemienca, przez dyrektora Lukasza Maslowskiego, przez
sztab i ludzi, ktorzy pracowali na sukces w cieniu, po samych pilkarzy.
Jestem bardzo zbudowany etyka pracy i determinacja tych ludzi. Podoba mi
sie ich styl. Chocby to, ze nie spotykamy sie na naradach, by wypic kawke i
pogadac o glupotach, tylko lecial konkret za konkretem. Kazdy chcial ze
swojego dzialu wycisnac jak najwiecej, a przy tym wspolpracowal z reszta.
Po wysluchaniu tych wszystkich historii uderza nas jedno: spokoj,
naturalnosc i normalnosc, jakie skrywa to mistrzostwo Jagiellonii – czyli
najwiekszy sukces w historii klubu. Kazdy wykonal swoja robote na wysokim
poziomie, nie dorabial do tego wielkiej ideologii. Siemieniec jest takim
trenerem jak czlowiekiem, nie udaje. Maslowski jest fachowcem, wiec
skutecznie pracuje w trudnych warunkach. Pilkarze cieszyli sie ze stylu, w
jakim maja grac i uwierzyli, ze ten styl da im zwyciestwa. W szatni
spotkali sie zawodnicy doswiadczeni z zawodnikami z podrazniona ambicja. A
prezes Pertkiewicz spinal to wszystko i juz zima czul, ze otwiera sie przed
Jagiellonia szansa, ktora musi wykorzystac, wiec odsylal zainteresowanych
kupieniem Wdowika, Marczuka czy Pululu. Teraz przestrzega przed
hurraoptymizmem, przypominajac, ze zarzadzanie sukcesem bywa trudniejsze
niz zarzadzanie kryzysem.

– Rok temu bylismy na dole, teraz jestesmy na gorze. Przyszly sezon powie o
nas prawde. Jesli bedziemy falowac na gorze, to znaczy, ze cos zmienilismy
na lepsze. Jesli bedziemy falowac na dole, to znaczy, ze cos poszlo nie
tak, a ten jeden sezon byl wybrykiem, ktorego nikt nie potrafi zrozumiec i
wytlumaczyc. My oczywiscie chcemy wiedziec, dlaczego rozegralismy taki
sezon i pokazac, ze on nie byl przypadkowy. Sporo nauczylismy sie w tym
sezonie o nas samych i o lidze – mowi.

DETEKTYW

Zabojstwo

“przewodnika przewodnikow”

Anna frej

Byl legenda w swoim otoczeniu i srodowisku zawodowym. Nikt mu nie dorow-
nywal, jesli chodzi o poziom wiedzy na temat Sudetow. Tajemnica poliszynela
na Dolnym Slasku bylo to, ze posiadal tez inna, bardziej mroczna strone.
Czy to dla- tego umarl? Wlasnie minelo 31 lat od niewyjasnionej dotad
smierci “przewodnika przewodnikow”, Tadeusza Stecia. Mlody mezczy- zna
zajechal pod jeden z budyn- kow mieszkal- nych w Jeleniej Gorze-Cieplicach.
Dzien wcze- sniej umowil sie ze swoim zna- jomym, ze przyjdzie po niego
rano, by odwiezc go do szpita- la. Mezczyzny nie bylo na dole, wiec
postanowil wejsc na gore. Zapukal pod drzwi z nume- rem 4. Nikt mu nie
otworzyl. Przylozyl do nich ucho. Liczyl na to, ze z wewnatrz doslyszy
jakis halas, swiadczacy o tym, ze znajomy jest w srodku, ale nic takiego
sie nie stalo. Poczekal jeszcze chwile, a gdy sytuacja nie ulegala zmianie,
zawiado- mil policje. Obawial sie, ze jego znajomy mial zawal, wiec wolal
zainterweniowac. Na ulice Orla 3 podjechal radiowoz. Zjawil sie tez wezwany
przez mundurowych slusarz, ktory mial pomoc dostac sie do srodka mieszkania
znanego jeleniogor- skiego przewodnika gorskiego 68-letniego Tadeusza
Stecia. To po niego, 12 stycznia 1993 roku, o godzinie 10.30, przyje- chal
umowiony z nim student Bogdan. To jego mial zawiezc do szpitala na
planowany wczesniej przeglad stanu zdrowia.

Funkcjonariusze jeszcze raz glosno zastukali do drzwi Stecia. Nikt im nie
otworzyl. Wtedy do pracy przystapil slusarz, ktory zaczal rozwiercac
blokujacy dostep do mieszkania zamek. Po niedlugim czasie wykonal swoja
prace, a policjanci mogli wejsc do srodka. Przeszli przez podluzny
przedpokoj i trafili do gabinetu. Tam zastali Tadeusza Stecia. Mezczyzna
lezal na wznak, jego glowa byla przykry- ta kocem. Na sobie mial kolo- rowy
szlafrok i kalesony. Jeden z mundurowych nachylil sie nad cialem, by
sprawdzic, czy mez- czyzna oddycha. Sciagnal z nie- go koc. Wtedy oczom
zebra- nych ukazala sie zakrwawiona

twarz przewodnika. Nie zyl. Wygladalo to tak, jakby ktos zadal mu cios w
glowe.

Policjanci dostrzegli wtedy tez, ze w poblizu ciala denata ustawiona jest
farelka, ktora byla skierowana na prawe udo. Caly czas grzala, co sprawilo,
ze kale- sony mezczyzny byly nadpalone, a skora w tym miejscu mocno
poparzona.

Na miejsce wezwano tech- nikow, by zebrali slady, oraz prokuratorow. Wiesc
o tym, ze Tadeusz Stec zostal zamordowa- ny, dosc szybko rozniosla sie po
miescie. Byl on znana w Jeleniej Gorze postacia, a o jego miesz- kaniu
krazyly legendy zwiaza- ne z tym, co przewodnik zdolal zgromadzic. Wiele
osob chcialo je zobaczyc, a policja niestety sie na to godzila. Przez
pierwsze trzy godziny od ujawnienia zwlok przez pomieszczenia przetoczy- ly
sie tabuny ludzi, od wysoko postawionych osob zwiazanych z wladzami i
policja, po zwy- klych smiertelnikow. Zgoda na cos takiego skutkowala tym,
ze wiele sladow z miejsca zbrodni zostalo zadeptanych i bezpow- rotnie
utraconych, co prawdo- podobnie rowniez przyczynilo sie do pozniejszych
trudnosci ze znalezieniem sprawcy zabojstwa przewodnika. Tadeusz Stec
urodzil sie 1 wrzesnia 1925 roku, w malej wsi polozonej

w obwodzie lwowskim, o nazwie Scianka. W wieku 4 lat stracil ojca. Do tego
czasu mieszkal wraz z bliskimi w rodzinnej miejsco- wosci, ale po jego
smierci prze- prowadzil sie z matka do majat- ku w nieistniejacej obecnie
wsi Hanaczow, rowniez polozonej w obwodzie lwowskim. Gdy mial 6 lat,
wyslano go do Warszawy, by tam pobieral nauki w szko- le prywatnej. Jego
nauczycielka zostala Helena Panke-Falkowa. W wieku 12 lat zaczal uczeszczac
do gimnazjum zorganizowane- go przy Nizszym Seminarium Duchownym oo.
Franciszkanow w Niepokalanowie. Przebywal tam do 1939 roku. Dalsza edu-
kacje przerwal wybuch II wojny swiatowej. Stec nie zamierzal jed- nak na
tym poprzestac. Dzieki tajnym kompletom w gimna- zjum im. Adama Mickiewicza
udalo mu sie skonczyc brakujace dwie klasy i w lipcu 1944 roku zdal mature.

Jego matka, Anna, caly czas marzyla, by syn zostal ksiedzem, a Tadeusz
zdawal sie nie opono- wac. W 1945 roku zostal przy- jety do opactwa
Benedyktynow w Tyncu. Przebywal tam jed- nak tylko przez rok. Zostal
stamtad oddalony ze wzgledu na swoja orientacje. Stec byl homoseksualista.

W miedzyczasie Anna osia- dla na Dolnym Slasku, w miej- scowosci Trzcinsko.
W 1946 roku Tadeusz do niej dolaczyl. Nie planowal kontynuowac kariery w
duchowienstwie, ale bardzo chcial uniknac powola- nia do wojska. Dlatego
zapisal sie na studia historyczne na Uniwersytecie Wroclawskim i ponownie
opuscil matke. Studiowal przez 2 lata, ale nie mozna powiedziec, zeby byl
jakims wybitnym zakiem. Nie przykladal sie do nauki, z tru- dem
przychodzilo mu podcho- dzenie do egzaminow. W koncu udalo mu sie jednak
osiagnac to, czego chcial – uzyskal zwol- nienie od sluzby wojskowej i w
1948 roku przeniesiono go do rezerwy. Nikt z jego znajo- mych nie wiedzial,
jak Tadeusz tego dokonal, a i on nie mowil nic na ten temat. W zwiazku z
tym nie widzial juz potrzeby studiowania i porzucil uczel- nie. Po raz
kolejny wprowadzil sie do matki. Nie bylo jednak lekko. Kobieta miala mu za
zle, ze nie zostal ksiedzem. Co wie- cej, Tadeusz odsunal sie na tyle od
kosciola, ze przestal nawet uczeszczac na niedzielne msze. To i ciagly brak
pieniedzy rodzi- lo mase konfliktow. W koncu Stec podjal prace w sektorze
turystycznym w Jeleniej Gorze.

W 1949 roku wstapil do Polskiego Towarzystwa Tatrzanskiego oraz Polskiego
Towarzystwa Krajoznawczego, ktore w grudniu rok pozniej przeksztalcilo sie
w Polskie Towarzystwo Turystyczno- Krajoznawcze (PTTK). Stec byl obecny na
zjezdzie zalozycielskim.

Znakomicie odnalazl sie w sektorze turystycznym i robil kariere w PTTK. Byl
m.in. sekretarzem oddzialu w Jeleniej Gorze, instruktorem turystyki
kwalifikowanej, przewodnicza- cym Komisji Krajoznawczej i Ochrony Zabytkow
Oddzialu PTTK. Tak dobrze opanowal historie regionu i wszelkie zawi- losci
zwiazane z praca przewod- nika, ze od 1950 roku prowadzil szkolenia dla
przewodnikow sudeckich. Wyksztalcil ich bar- dzo wielu, stad wzial sie jego
pseudonim “Przewodnik prze- wodnikow”. Jego talent gawe- dziarski byl
powszechnie zna- ny. Nie potrzebowal notatek, wszystko mowil z pamieci.

Do jego sukcesow zali- cza sie tez otwarcie schroni- ska PTTK w Gorach
Sokolich i dwuletnie kierowanie slynnym Domem Slaskim polozonym u stop
Sniezki. Na polecenie wladz zmienial tez na mapach nazwy szlakow z
niemieckich

na polskie. Sam tez wyznaczyl kolejny o nazwie Szlak Zamkow Piastowskich.
Co nie przeszka- dzalo mu w sprzedazy map z niemieckim nazewnictwem
turystom zza naszej zachodniej granicy. Stec biegle poslugiwal sie ich
jezykiem i to sprawialo, ze byl bardzo czesto przez nich wynajmowany.

Nie proznowal tez na rynku wydawniczym. Pisal artykuly do wroclawskiego
dziennika “Slowo Polskie”, a takze ksiaz- ki. Mial ich na koncie ponad 60.
Do najbardziej znanych naleza- ly: “Wycieczki i wczasy jedno- dniowe z
Jeleniej Gory”, “Zamek Chojnik” oraz monografia kra- joznawcza
“Karkonosze”. Postac Tadeusza Stecia nie mogla byc niezauwazona przez
wladze panstwo-

we, a konkretnie przez Sluzbe Bezpieczenstwa. Mial znajo- mosci w roznych
kregach, cze- sto w swojej pracy spotykal sie z zagranicznymi turystami,
wiec aparat panstwa zaczal upatrywac w nim kandydata na informato- ra.
Pierwsza wzmianka na ten temat pojawia sie w dokumen- tach sluzb w 1952
roku. Pisano

o nim: “Kandydat jest kierow- nikiem turystyki. Kontaktuje sie wiec z
roznymi osobnika- mi i elementem naplywowym, w niektorych przypadkach
podejrzanym o przemyt i nie- legalne przejscia granicy. Stec jest wysoko
wyksztalcony i bie- gly w rozmowie oraz sprytny”.

Jak to czesto w takich przy- padkach bywalo, Stec zostal zmuszony do
wspolpracy z SB szantazem. Sluzby zagrozily mu, ze swiatlo dzienne ujrza
kompromitujace przewodnika materialy o charakterze porno- graficznym.
Nadano mu pseu- donim Kowalski. Przez pierwsze trzy lata wspolpracy,
dostarcza- ne przez niego informacje nie przyczynily sie do rozpracowa- nia
nikogo, ale jego oficer pro- wadzacy docenial ich jakosc. Podkreslal, ze ma
szerokie zna- jomosci wsrod oficjeli i kleru. Steciowi nigdy nie zaplacono
za dostarczane informacje, a wraz z przejeciem steru w PZPR przez
Wladyslawa Gomulke, prze- wodnik zaczal rozluzniac swoje wiezi z SB. W 1960
roku przestal pelnic funkcje informatora.

W 1964 roku przeprowadzil sie z matka do Jeleniej Gory. Zamieszkali w dwoch
osob- nych mieszkaniach przy ulicy Orlej. W 1969 roku do Stecia ponownie
zglosila sie Sluzba Bezpieczenstwa. Dzialal wtedy, jako kontakt obywatelski
i dono- sil, co mowili i robili odwetowcy, i rewizjonisci z RFN. Uwaza sie,
ze Stec mogl wspolpracowac ze sluzbami az do 1990 roku.

Tadeusz Stec byl bardzo bogatym czlowiekiem, czego nie widac bylo po tym,
jak miesz- kal i jak sie ubieral. Pieniadze gromadzil w domu, a bylo ich
naprawde sporo. Na jed- nej wycieczce dla niemieckich turystow zarabial
okolo kilkuset marek. Poza tym staral sie chro- nic przed zniszczeniem
cenne ksiegi, ktore potem rowniez przechowywal w domu. Z tego powodu o jego
mieszkaniu mowilo sie “Male Ossolineum”. Pod koniec zycia Stec byl tak
bogaty, ze swobodnie mogl nabyc duza wille. Nie zdecy- dowal sie jednak na
ten krok i pozostal w mieszkaniu budyn- ku, w ktorego piwnicach sypiali
bezdomni.

Jego sklonnosci homosek- sualne nie byly tajemnica. Stec wracal z pracy
pozno,

z reguly okolo godziny 20. Rzadko bywal sam. Najczesciej towarzyszyli mu
nieznajomi z pobliskiego dworca lub mlodzi uczniowie ze szkoly oficerskiej.
Nie zapraszal ich tam na kultu- ralne pogawedki. O jego zwycza- jach pisal
m.in. poeta Jaroslaw Iwaszkiewicz, ktory zwracal uwage, ze Stec jest
“oblaka- ny na punkcie seksualnym”. Przewodnik bywal tez gosciem sanatorium
w Cieplicach, do ktorego przyjezdzali oficerowie oraz pracownicy
Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Z czasem do miesz-

kania Stecia przybywa-

lo coraz wiecej mundu- rowych, nie tylko Polakow. Goscili u niego takze
zolnierze radzieccy.

Zainteresowania Tadeusza Stecia nie konczyly sie na doro- slych
mezczyznach. Wiadomo bylo, ze zapraszal na Orla takze nastoletnich chlopcow
w wie- ku 14 i 15 lat. Pretekstem byly projekcje filmow edukacyjnych o
gorach. W rzeczywistosci Stec wyswietlal im nagra- nia pornograficzne, a
potem wykorzystywal ich seksualnie. Zwienczeniem bylo wreczenie pieniedzy
za wykonana usluge. Wsrod ofiar Stecia byli synowie wplywowych osob, ktore
wola- ly w pozniejszym czasie zataic historie swoich dzieci. Wiadomo bylo,
ze jeden ze skrzywdzo- nych chlopcow probowal nawet udusic swojego oprawce.
Przewodnik nigdy nie przyznal sie do wykorzystywania nielet- nich. Caly
czas utrzymywal, ze przekazywal im tylko wiedze. Nigdy tez nie zglosil
milicji proby zabojstwa, zniszcze- nia drzwi wejsciowych do

mieszkania czy prob kradziezy i rozbojow. Swojemu przyja- cielowi
tlumaczyl, ze nie moze zglaszac takich zajsc, bo wte- dy nikt do niego nie
przyjdzie. Wiedzial jednak, ze musi stac sie bardziej ostrozny i nie
zapraszac wiecej niz jednej osoby na raz. W 1993 roku w koncu ktos sku-
tecznie zamachnal sie na zycie przewodnika. Czy byla to kara za haniebne
czyny?

imo tego ze miejsce zbrodni z 1993 roku zostalo odwiedzone

przez duza liczbe osob, techni- kom udalo sie zebrac troche sla- dow.
Zabezpieczono m.in. czap- ke, na ktorej ujawniono wlosy

koloru blond, butelki po wodzie mineralnej i alkoholu, na kto- rych
dostrzezono slady linii papilarnych oraz mlotek, ktore- go metalowa czesc
byla owinieta bialym bandazem z jasnobru- natna plama, szufelke do wegla,
ktora miala takie samo, jasno- brunatne zabrudzenie, kartke z napisem:
“Mocno dzwonic, stukac” i list od kobiety imie- niem Beata, w ktorym
prosila Tadeusza o pomoc finansowa.

Stwierdzono, ze sprawca przeszukiwal mieszkanie przez okolo pol godziny,
poodsuwal regaly od scian. Ostatecznie zginelo 20 mln zl. Pieniadze nie
byly w ogole ukryte.

W trakcie sekcji zwlok Tadeusza Stecia orzeczono, ze do smierci mezczyzny
przyczy- nily sie dwa ciosy, jeden sil-

niejszy od drugiego. Zadano je narzedziem tepo- krawedzistym, praw-
dopodobnie mlot- kiem. Przewodnik nie umarl jednak od razu. Zbrodni dokona-
no wieczorem 11 stycz- nia 1993 roku, a patolog stwierdzil, ze Stec mogl

zyc jeszcze okolo godziny 7 rano nastepnego dnia.

Dzien przed zabojstwem mial go odwiedzic jeden z jego przy- jaciol, Andrzej
Jawor, ale zanie- chal tego zamiaru. Wiedzial, ze 12 stycznia Stec idzie do
szpitala, chcial sie go poradzic w pewnej kwestii. Zrezygnowal jednak z tej
wizyty, bo przypo- mnial sobie o drobnej utarczce jaka mial kilka dni
wczesniej ze Steciem. Potem, gdy dowie- dzial sie o losie Tadeusza, zalo-
wal, ze zrezygnowal z pierwot- nych planow, bo byc moze do morderstwa by
nie doszlo.

Prokuratura badala rozne watki zwiazane z wytropieniem zabojcy. Jako jeden
z pierwszych rozwazano motyw rabunkowy. Stec byl bogaty, ale zachowywal
siejakbytoniebylonicwielkie- go i byl przy tym bardzo nie- ostrozny.
Sledczy dowiedzieli sie o imprezie imieninowej, ktora miala miejsce w 1982
roku. Solenizant zaprosil do siebie kil- ka osob. W pewnym momencie
postanowil sie pochwalic swo- imi pieniedzmi. Podszedl do jednego z regalow
z ksiazkami, odsunal go i wyjal zza niego duzy papierowy worek. Potem z
jego srodka wyjal kolejny i pokazal zgromadzonym jego zawartosc. Oprocz
pieniedzy, Stec mial w domu wiele war-

tosciowych znaczkow pocz- towych oraz dziela sztuki. To wszystko stanowilo
pokazna

zachete dla ewentual- nego zabojcy, ktory polasilby sie na zgromadzone
przez przewod- nika dobra. Dodatkowo, kilka dni przed smiercia, Stec
chwalil sie zna-jomym, ze spodziewa sie przesylki z wieksza suma pienie-
dzy. Jednym mowil, ze gotowke dostanie z Niemiec, innym, ze ze Stanow
Zjednoczonych.

Sledczym ciezko jednak bylo stwierdzic dokladnie, czy z mieszkania ofiary
zgine- ly jakies przedmioty, oprocz gotowki. Stec mial tendencje do zycia w
nieporzadku. Wszedzie bylyporozkladanejakiesrzeczy, bardziej lub mniej
wartosciowe.

Andrzej Jawor uwazal jednak, ze oprocz pieniedzy na pew- no nic nie
zniknelo, z jednego prostego powodu. Kazdy zabra- ny przedmiot na pewno
predzej czy pozniej gdzies by wyplynal i moglby sie przyczynic do
zidentyfikowania sprawcy.

Sledczy doszli jednak do wniosku, ze zabojstwa musial dokonac ktos, kogo
przewod- nik znal. Sprawca wszedl do budynku przed godzina 22, bo potem
zamykano drzwi na klat- ke schodowa. Framuga i drzwi wejsciowe do
mieszkania nie nosily sladow wlamania, stad wniosek, ze Stec wpuscil tego
kogos dobrowolnie. Znajac jego ostroznosc, nie zrobilby tego w przypadku
obcego czlowieka. Przewodnik mial nawet opraco- wany system wpuszczania
ludzi do mieszkania. Gdy tylko ktos zapukal do jego drzwi, najpierw padalo
pytanie czy jest sam. Potem musial cofnac sie o kil- ka krokow. Ze srodka
mieszka- nia Stec zapalal swiatlo, dzieki ktoremu przez wizjer ocenial, czy
zna przybysza. Dopiero po takich ogledzinach decydowal, czy zaprasza goscia
do srodka.

Aby sie dodatkowo zabezpie- czyc, Stec zamontowal w mieszka- niu matki
dzwoneczek i dowiazal do niego sznurek, ktory przecia- gnal do siebie. W
razie niebezpie- czenstwa liczyl na to, ze zaalarmu- je Anne. Nie bylo to
zbyt pewne rozwiazanie. Kobieta chorowala bowiem na Alzheimera i w 1993
roku byla juz w bardzo zaawanso- wanym stadium tego schorzenia. Nawet gdyby
Tadeusz feralnego dnia skorzystal z dzwonka, jest malo prawdopodobne, ze
Anna moglaby w jakikolwiek sposob zareagowac.

Przyjaciel Stecia, Andrzej Jawor, uwaza, ze mezczyzna zostal zamordowany
podczas stosunku. Wedlug niego, prze- wodnik znajdowal sie ponizej
napastnika, mogl kleczec i wte- dy z lewej strony zostal zadany pierwszy
cios. Zwraca uwage, ze Tadeusz nie kryl sie z tym, ze byl homoseksualista.
Nazywal go wrecz “wojujacym homosek- sualista”, ktory uwazal, ze bez nich
swiat by sie tak bardzo nie rozwinal. Prokuratura z kolei zaklada- la, ze
do tragedii doszlo w wyni- ku klotni. Stec poroznil sie ze swoim gosciem, a
ten nie mial zamiaru traktowac go ulgowo.

Pozorny Z przelom

aden ze sprawdzanych przez prokurature wat- kow nie dawal nadziei

na rozwiazanie sprawy. W pew- nym momencie do komendy w Jeleniej Gorze
zglosil sie mezczyzna, ktory twierdzil, ze zabil Tadeusza Stecia, ale dosc
szybko okazalo sie, ze mijal sie z prawda.

Dochodzenie nabralo roz- pedu w zwiazku z pewnym zatrzymaniem, ktorego
doko- nano w Gdansku. Tamtejsza policja schwytala mezczyzne, ktory probowal
zamordowac homoseksualiste w jednym z hoteli. W czasie przeslu- chania
mezczyzna wyznal, ze ma na koncie takze inne zabojstwa, w tym Tadeusza
Stecia. Sledczym pasowalo to do ukladanki, bo zatrzymany Marcin D. mordowal
mezczyzn o odmiennej orientacji seksual- nej. Podejrzany uslyszal zarzu- ty
zamordowania trzech osob i usilowania jednej. Podawal, ze w przypadku
Tadeusza Stecia narzedziem zbrodni byl noz. Wtedy sledczy wiedzieli juz, ze
Marcin D. klamie, bo prze- wodnika zamordowano przy uzyciu mlotka. Mimo to,
oskar- zony trafil przed owczesny Sad Wojewodzki w Koninie, gdzie zostal
skazany za inne zbrodnie, ale uniewinniony od zarzutu zabojstwa Tadeusza.
Sad uznal, ze brak bylo dowodow na jego wine, zwlaszcza ze z czasem sam
oskarzony wycofal sie ze slow mowiacych o tym, ze zabil przewodnika.

Sprawa caly czas pozosta- wala nierozwiazana. Nawet gdy w 2000 roku w
telewizji poja- wil sie odcinek “Magazynu Kryminalnego 997” poswiecony
zabojstwu Tadeusza Stecia, nie bylo zadnego efektu jego emisji.

Nie pojawily sie nowe informa- cje o ewentualnym sprawcy, za to na swiatlo
dzienne wyply- nely inne sensacyjne donie- sienia. Wedlug nich Tadeusz
Stec, w 1945 roku, mial brac udzial w akcji wojskowej, kto- rej
przewodniczyl pozniejszy premier Piotr Jaroszewicz. Grupa miala wejsc do
pala- cu w Radomierzycach, gdzie Niemcy zgromadzili archiwum dokumentow
zrabowanych w trakcie wojny z wielu euro- pejskich krajow. Nie zreali-
zowano jednak zalozen

misji, bo przerwali ja zolnierze Armii Czerwonej, ktorzy najpierw zaplom-
bowali palac,

Sprawa nierozwiazana

S «««

prawa zabojstwa Tadeusza Stecia do tej pory pozostaje nierozwiazana. Osoby
bli-

sko z nim zwiazane maja jednak swoja teorie. Uwazaja, ze spraw- cy nalezy
szukac w kregach woj- skowych, byc moze nawet wsrod

2/2024

15

a potem wywiezli archiwum w glab Zwiazku Radzieckiego. Jaroszewicza
zamordowano we wrzesniu 1992 roku, Stecia kilka miesiecy pozniej. Pojawily
sie hipotezy, ze smierc przewodni- ka mogla miec jakis zwiazek z ta misja.
W taka wersje nie wie- rzyl Jerzy Bielecki, przewodnik gorski, ktory
uwazal, ze Stecia i Jaroszewicza dzielilo zbyt wiele, by mogli byc
partnerami w trakcie takiej akcji.

Slowa te potwierdzil Andrzej Jawor, ktory wyja- snil, ze cala historie
wymyslil Henryk Piecuch, emerytowa- ny pulkownik Wojsk Ochrony Pogranicza.
Jawor wielokrot- nie probowal go przekonac, ze sie myli i Stec nigdy nie
byl w Radomierzycach. Pulkownik w koncu przyznal mu racje.

bylych

zolnierzy

Armii Czerwonej. Wedlug nich spraw-

ca byl na pamietnych imieninach w 1982 roku i liczyl na spory lup.

W 2009 roku prokurator Andrzej Zarowny ponownie otworzyl akta zabojstwa
prze- wodnika, ale nie znalazl w nich podstaw do wznowienia umo- rzonego w
1994 roku sledztwa. Liczyl jednak na to, ze w koncu pojawia sie osoby,
ktore beda chcialy zeznawac i rzucic nowe swiatlo na sprawe:

– Byc moze przed laty, z roznych powodow, te osoby nie chcialy zeznawac lub
nie powiedzialy wszystkiego – mowil w 2009 roku mediom Zarowny.

Nie pomogl nawet list, ktory prokuratura otrzymala z Belgii. Jego
nadawczyni pisala, ze zabojstwa mogl dokonac jej znajomy, ktory wczesniej
padl ofiara Tadeusza Stecia. Nie zna- leziono jednak zadnych dowo- dow
swiadczacych o tym, ze tak bylo.

Tylko zlamasy czytaja gazetke,a zaluja kasy (Na Smerfny Fundusz Gargamela)

STRONA INTERNETOWA: https://tracking.gazetka-gargamela.eu/click/?lt=aHR0cDovL2dhemV0a2EtZ2FyZ2FtZWxhLmV1L3xNamswTVRBNE1ERXhZVEl5WTJWbVpUQTNNekZpWkdObU5XRTBNekkzT1RKQWFXNTBaWEp0WVc1aFoyVnlMbTl5WjN4VWFIVXNJRFlnU25WdUlESXdNalFnTURnNk1qVTZNamdnS3pBeU1EQjhZWFYwYjIxaGRFQm5ZWHBsZEd0aExXZGhjbWRoYldWc1lTNWxkWHd4TG1sdWRHVnliV0Z1WVdkbGNpNXpiWFJ3ZkhKbFpHZHlhV1F5TW53d2ZERXVNelppWmpGak1UUTVZak15TURkaU1HRXpOemt5T0RJNE1Ea3hZVFUwT0dVPQ==

abujas12@gmail.com

http://

www.smerfnyfunduszgargamela.witryna.info/

http://www.portalmorski.pl/crewing/index.php?id=wiadomosci

https://tracking.gazetka-gargamela.eu/click/?lt=aHR0cDovL3d3dy5tYXJpdGltZS1zZWN1cml0eS5ldS98TWprME1UQTRNREV4WVRJeVkyVm1aVEEzTXpGaVpHTm1OV0UwTXpJM09USkFhVzUwWlhKdFlXNWhaMlZ5TG05eVozeFVhSFVzSURZZ1NuVnVJREl3TWpRZ01EZzZNalU2TWpnZ0t6QXlNREI4WVhWMGIyMWhkRUJuWVhwbGRHdGhMV2RoY21kaGJXVnNZUzVsZFh3eExtbHVkR1Z5YldGdVlXZGxjaTV6YlhSd2ZISmxaR2R5YVdReU1ud3dmREV1TXpNeVlXVTNNVFV6TWpNek16YzRaREkxWm1JNE16TXdPRFJqWVRSbFpHVT0=

https://tracking.gazetka-gargamela.eu/click/?lt=aHR0cDovL015U2hpcC5jb218TWprME1UQTRNREV4WVRJeVkyVm1aVEEzTXpGaVpHTm1OV0UwTXpJM09USkFhVzUwWlhKdFlXNWhaMlZ5TG05eVozeFVhSFVzSURZZ1NuVnVJREl3TWpRZ01EZzZNalU2TWpnZ0t6QXlNREI4WVhWMGIyMWhkRUJuWVhwbGRHdGhMV2RoY21kaGJXVnNZUzVsZFh3eExtbHVkR1Z5YldGdVlXZGxjaTV6YlhSd2ZISmxaR2R5YVdReU1ud3dmREV1WVRnME5XUTBNekkzT0dGallqUXlNMlJoWVRjM09UTmtOV1ZrTVRkbE1HTT0=

Jezeli chcesz sie zapisac na liste adresowa lub z niej wypisac, jak rowniez

dokuczyc Gargamelowi – MAILUJ abujas12@gmail.com

GAZETKA NIE DOSZLA: gazetka@pds.sos.pl

Dla Dobrych Wujkow Marynarzy:

(ktorzy czytajac gazetke pamietaja ze sa na swiecie chore dzieciaczki):

Stowarzyszenie Pomocy Chorym Dzieciom LIVER,

Krakow, ul. Wyslouchow 30a/43.

BNP Baribas nr 19 1750 0012 0000 0000 2068 7436

Konieczny dopisek “MARYNARSKIE POGOTOWIE GARGAMELA”

wplaty w EURO (przelew zagraniczny) PL72 1750 0012 0000 0000 2068 7452

(format IBAN)

wplaty w USD (przelew zagraniczny) PL22 1750 0012 0000 0000 2068 7479

(format IBAN)

wplaty w GBP (przelew zagraniczny) PL15 1750 0012 0000 0000 3002 5504

(format IBAN)

BIC(SWIFT) PPABPLPKXXX

Konieczny dopisek “MARYNARSKIE POGOTOWIE GARGAMELA”

Dla wypelniajacych PiT: Stowarzyszenie Pomocy Chorym Dzieciom LIVER,

numer KRS 0000124837:

“Wspomoz nas!”

teksty na podstawie Onet, TVN, Info Szczecin, Nadmorski, WP, Fakty

Sportowe, NATIONAL Geographic, Sport pl, Detektyw online, Poscigi pl