DZIEN DOBRY – TU POLSKA GAZETA MARYNARSKA im. Kpt. Ryszarda Kucika
Rok MMXXVI Nr 153 (6985)
1 czerwca 2026 r.
DZIEN DOBRY – TU POLSKA
SPORTOWY WEEKEND
31 maja 2026r.
abujas12@gmail.com
http://www.smerfnyfunduszgargamela.witryna.info/
http://www.portalmorski.pl/crewing/index.php?id=wiadomosci
TENIS
“Maja! Maja! Maja! Maja!”. Tak Polka zadziwila swiat – Lukasz Jachimiak
My siedzielismy w ciszy, a garstka Grekow wybuchala z radosci. Maja
Chwalinska przegrywala z Maria Sakkari 1:6, 1:2 i rywalka serwowala.
Wydawalo sie, ze to koniec Rolanda Garrosa dla przezywajacej tu swietne dni
Polki. Ale tak sie wydawalo tylko nam, nie Mai! Nasza tenisowa magiczka
odczarowala ten mecz, wygrala 1:6, 6:3, 6:2 i zagra o cwiercfinal!
Korespondencja z Paryza wyslannika Sport.pl, Lukasza Jachimiaka.
Maja Chwalinska posyla pilke tuz za siatke, a kibice wiwatuja po tym
subtelnym skrocie. Nawet jesli Maria Sakkari do ktoregos zdaza, to nasza
tenisistka za chwile ja lobuje albo mija. Takie akcje byly ozdoba meczu
Polki i Greczynki w trzeciej rundzie Rolanda Garrosa. W tym meczu dlugo
dominowala silniejsza fizycznie Sakkari. Az trudno uwierzyc, jak Chwalinska
wszystko odwrocila.
Po trzech rundach eliminacji Maja Chwalinska dotarla w Paryzu do swojej
pierwszej w karierze trzeciej rundy turnieju wielkoszlemowego. Zarobila za
to 187 tysiecy euro i przede wszystkim tyle punktow, ze w nowym rankingi
WTA pierwszy raz w zyciu znajdzie sie w top 100. – Chwilke sie tym
pociesze, ale na pewno bede chciala wygrac nastepny mecz – mowila nam dwa
dni temu.
W drugiej rundzie wyeliminowala Elise Mertens, aktualnie 21. tenisistke
swiata. W pierwszej rundzie byla lepsza od Qinwen Zheng, teraz w rankingu
56., ale jeszcze rok temu czwartej rakiety globu, ktora dwa lata temu na
paryskich kortach zostala mistrzynia olimpijska. Obie uznane rywalki nasza
kwalifikantka poczestowala bajglami (wygrala z nimi po secie 6:0). Co tu
kryc – mimo zmeczenia Chwalinskiej marzylo nam sie, ze jej piekna seria
zwyciestw po prezentacjach pieknego tenisa jeszcze potrwa. Ale w trakcie
meczu Polki z Sakkari juz praktycznie stracilismy na to nadzieje.
Greczynka jest dzis 49., w rankingu WTA, ale to przeciez byla numer trzy.
Swietnie pamietamy ja jako zmore Igi Swiatek. W minionych latach dobrze
poznalismy ja jako wspaniala atletke. I wlasnie swoje znakomite
przygotowanie fizyczne Sakkari prezentowala w meczu z Chwalinska. Wlasnie
nim na dlugi czas zdominowala Polke.
Roznica w sile widoczna byla zwlaszcza w pierwszym secie. Chwalinska znow
probowala mieszac – zagrac forhend z rotacja w naroznik kortu, by po chwili
skrocic pilke i zaraz znow poszukac glebi. Ale pod warunkiem, ze to kolejne
uderzenie w ogole jeszcze miala. Bo Sakkari do jej sprytnych, ale niezbyt
mocnych zagran zdazala. Zheng i Mertens tez bija mocno, ale nie poruszaly
sie tak jak Sakkari. Gdy po zaledwie 34 minutach Greczynka wygrala pierwsza
partie, polscy kibice licznie zgromadzeni na Court Simonne Mathieu w ciszy
czekali na drugiego seta.
Jeszcze ciszej zrobilo sie, gdy Sakkari przelamala Chwalinska juz na
poczatku drugiej partii. Prowadzila 6:1, 2:1 i serwowala. Zdawalo sie, ze
to koniec. Ale wtedy Chwalinska nagle zaczela szalec. Wygladala, jakby
wstapily w nia sily nie wiadomo skad. I jeszcze jakby dopiero teraz
naprawde przyzwyczaila sie do wiekszego obiektu.
Wczesniejsze mecze w tym turnieju Maja grala na malych kortach, a teraz
wystapila na arenie trzeciej co do wielkosci. Nie chodzi tylko o trybuny,
choc to znaczna roznica, gdy na twoj mecz wejda trzy-cztery tysiace ludzi,
a nie 700 osob. Jeszcze wazniejsze jest to, ze tutaj jest wiecej miejsca za
koncowymi liniami. Zwlaszcza w meczu z Zheng widzielismy, ze to wazne, gdy
Maja wkreca pilki pod linie, a te odbijaja sie tak wysoko, ze niemal
wrzucaja rywalke w plandeke. Tutaj Sakkari miala przestrzen, zeby z
uderzeniami Chwalinskiej sobie radzic. Ale wtedy, gdy juz wydawalo sie, ze
Maja nic na nia nie wymysli, zaczelismy ze zdziwieniem obserwowac, jak
podnosi jakosc swoich uderzen. Jesli wczesniej jej pilki ladowaly 50 cm od
linii, to teraz margines wynosil 5 cm. Ladunek tych pilek tez byl wiekszy.
Skad Maja znalazla w sobie na to sile – naprawde nie wiemy. Ale widzielismy
i slyszelismy, jak bardzo tym zachwycila.
– Maja! Maja! Maja! Maja! – nioslo sie po trybunach otoczonych ze
wszystkich stron pieknymi oranzeriami juz przy breaku dla Polki na 2:6,
2:2. A za chwile, naprawde za moment, bylo juz 2:6, 5:2!
“Dawaj, Majka!”, “Grasz, Majka”, “Masz to, Majka!” – ekscytowali sie nasi
rodacy. Chwalinska znow porwala publike. Widzielismy, ze nie tylko polska.
Gdy skrotem i lobem zmusila do bledu Sakkari w punkcie zamykajacym drugiego
seta, wiwatowali nawet kibice Paris Saint Germain chyba juz wystrojeni na
wieczorny final Ligi Mistrzow. Cieszyl sie tez mezczyzna w koszulce
reprezentacji Maroka z numerem 2 i nazwiskiem Hakimi. Teraz przycichli
tylko Grecy. Dla odmiany. Ale jakze mila to byla odmiana dla nas, polskich
dziennikarzy, ktorzy siedzieli kilka rzedow nad ta skromna grupka fanow
Sakkari, ktorzy niecala godzine wczesniej juz szykowali sie na szybki
koniec meczu.
Decydujaca partia zaczela sie po godzinie i 25 minutach od pierwszej pilki
tego meczu. Wtedy mielismy nastroje nawet lepsze niz przed ta pierwsza
pilka. Przed meczem w rozmowach polskich dziennikarzy byla nadzieja na
zwyciestwo Mai, ale duzo bylo tez obaw o to, ze fizycznosc Sakkari jednak
przewazy. Przed trzecim setem juz mielismy dowod, ze Maja nawet na taka
atletke potrafi znalezc sposob. Zastanawialismy sie tylko czy sama wytrzyma
to fizycznie.
Upal byl straszny, 32 stopnie w cieniu. A one oczywiscie walczyly w pelnym
sloncu. Wiedzielismy od Mai, ze gra w Paryzu z problemami zdrowotnymi – z
powodu urazow przywodzicieli ma obandazowane uda. Po meczu z Mertens
Chwalinska mowila nam, ze z innego turnieju by sie wycofala. – Ale gdzie
ryzykowac, jak nie na Wielkim Szlemie, prawda? – pytala. I prosze, po raz
kolejny poszla na calosc!
Juz w pierwszym gemie trzeciego seta Chwalinska przelamala Sakkari, a
wkrotce wyszla na 1:6, 6:3, 5:1! Byla jak sciana. Fizycznie i tenisowo –
nie do przewrocenia sila i zarazem nie do przejscia zadnym uderzeniem.
Wszedzie byla, do wszystkiego zdazala (w defensywie robila nawet szpagaty),
wszystko przebijala. I to nie tak, zeby tylko utrzymac pilke w grze – jesli
tylko widziala szanse na kasliwe zagranie, to te szanse chwytala. Sakkari z
tenisistki dominujacej stala sie zawodniczka bezradna. Niesamowite bylo to,
co zrobila z nia nasza Maja. Od stanu 1:6, 1:2 do konca meczu Polka wygrala
11 z 14 gemow. Mozna zazartowac, ze jak wczesniej byla przez rywalke
miazdzona, tak w koncu zrobila z niej grecka chalwe.
Chwalinska jest niesamowita i fantastyczna jest jej historia. Za nia lata
wspolnych sukcesow z Iga Swiatek w czasach dzieciecych i juniorskich.
Pozniej lata kontuzji i niewiary, z jaka sie spotykala, bo rzekomo byla za
mala, za slaba fizycznie itp., itd. W koncu przyszla depresja i konieczna
byla walka z wlasnymi demonami. A teraz jest taka szarza, taki paryski
szyk, taka elegancja i taka wiktoria!
Chwalinska juz wygrala ten turniej! A zapewne za chwile przyjdzie do nas na
kolejna konferencje i powie, ze chce tu wygrac jeszcze wiecej.
W czwartej rundzie Rolanda Garrosa 2026, czyli w meczu o cwiercfinal (!)
Maja Chwalinska zmierzy sie z Amanda Anisimova (nr 6 WTA) albo z Diane
Parry (92 WTA). Mecz odbedzie sie w poniedzialek.
-“Bolesny koniec Igi Swiatek w Paryzu. Od 5:4 zaczal sie koszmar-Agnieszka
Niedzialek
Iga Swiatek poczatkowo spokojem przeciwstawiala sie Marcie Kostiuk, ktora w
swoim stylu szalala na korcie w 1/8 finalu Rolanda Garrosa. Ale w kluczowym
momencie to Polka pekla. Do obchodzacej w niedziele 25. urodziny tenisistki
wrocily demony i przegrala 5:7, 1:6, przerywajac trwajaca szesc lat
efektowna serie w Paryzu.
W pelni doceniajac trzy wczesniejsze rywalki Igi Swiatek, dopiero przed
niedzielnym pojedynkiem z Marta Kostiuk kibice szesciokrotnej triumfatorki
wielkoszlemowej po raz pierwszy w tej edycji Rolanda Garrosa poczuli sie
troche niepewnie. Obie tenisistki potwierdzily swoja gra, ze bylo to
zasadne.
Swiatek mierzaca sie z Kostiuk w 1/8 finalu w Paryzu? Mozna bylo miec deja
vu, bo piec lat temu tez walczyly na tym etapie i Polka zwyciezyla 6:3,
6:4. Tyle ze w 2021 roku ukrainska tenisistka, wspolpracujaca – z sukcesami
– z trenerka Sandra Zaniewska, byla w zupelnie innym miejscu. Byla 81.
rakieta swiata, przy dziewiatym miejscu rywalki. Teraz zajmuja na swiatowej
liscie – odpowiednio – 15. i trzecie miejsce.
Ostatnie wyniki sprawialy jednak, ze Kostiuk dawano znacznie wieksze szanse
niz w poprzednich spotkaniach z Polka. Na maczce w tym sezonie miala juz 15
wygranych meczow z rzedu (ale bilans w karierze ze Swiatek 0-3). Zwyciestwo
w mniejszym turnieju WTA ze slabsza obsada (o randze 250) to jedno, ale
potem potwierdzila swietna forme triumfem w prestizowym “tysieczniku” w
Madrycie. A nastepnie podjela rozsadna decyzje, by opuscic kolejna taka
duza impreze w Rzymie i odpoczac przed wielkoszlemowa rywalizacja we
Francji. Polka zas, choc najlepiej czuje sie na kortach ziemnych, na tytul
wywalczony na nich czeka juz od dwoch lat. Wczesniejsze mecze w Paryzu nie
wprawialy moze w euforie, ale dawaly z pewnoscia nadzieje.
– Iga nie miala jeszcze tu wystepu z pelna dominacja od A do Z. Kazdy mecz
byl solidny, ale w zadnym nie zmiotla rywalki z kortu. Musi byc ku temu
motywacja i poczucie zagrozenia. A Marta Kostiuk moze byc takim zagrozeniem
– analizowal tuz przed rozpoczeciem hitu 1/8 finalu w studiu Eurosportu
trener Maciej Synowka.
Wojciech Fibak w rozmowie ze Sport.plzwracal uwage, ze grajaca bardzo
ryzykownie i bedaca na fali Ukrainka potrafi prezentowac kosmiczny tenis,
gdy “trafia”. Ale wierzyl jednak, ze Polka sobie z tym poradzi.
Poczatek spotkania byl zderzeniem spokoju i opanowania Swiatek, ktora
triumfowala w Paryzu juz czterokrotnie i wielkiej ekspresji jej rywalki.
Zapowiadal wymiane ognia. Polka wygrywala wtedy swoje gemy nieco pewniej,
wiec wydawalo sie, ze nie ma powodu do duzego niepokoju. Malo tego, to ona
dwa razy przelamywala rywalke, prowadzila w pierwszym secie 4:3 i 5:4, ale
obie te okazje wypuscila z rak, mylac sie czesto.
Owszem, czasem szalone ryzyko podejmowane przez Kostiuk przynosilo efekt
(choc bledow tradycyjnie tez miala sporo), ale przede wszystkim w oczy bily
chwile slabosci Swiatek. W pewnym momencie podsumowaniem tego byla mina
trenera Francisco Roiga, ktory caly mecz obserwowal spokojnie, ale w pewnym
momencie rozszerzyl mocno oczy, widzac, jak jego tenisistka nie potrafi
“dobic” rywalki.
– Czego Iga nie dotknela, zamienilo sie w punkt dla rywalki – wskazywal w
koncowce komentujacy ten mecz w Eurosporcie Marek Furjan.
Polka tradycyjnie juz po przegranym secie (5:7) udala sie do szatni, by
ochlonac. Jej zrelaksowana rywalka w tym czasie sluchala wskazowek od
Zaniewskiej i… tanczyla.
Kibice niedzielnej jubilatki mogli miec na poczatku drugiej partii
nadzieje, ze Iga skarci przeciwniczke za to rozluznienie, gdy zaczela od
przelamania. Tyle ze potem nastapil dramat, Polka przegrala szesc gemow z
rzedu. Stopniowo “znikala”, a Kostiuk lapala coraz mocniej wiatr w zagle.
Ta druga po ostatniej pilce zdawala sie nie wierzyc w to, czego wlasnie
dokonala.
W calym spotkaniu Swiatek zanotowala jedynie 13 uderzen wygrywajacych i az
39 niewymuszonych bledow (u rywalki bylo ich – odpowiednio – 25 i 27). A
jej wielka bolaczka znow byl serwis, ktory zawodzi ja juz od dluzszego
czasu.
Polka po raz drugi w Paryzu odpadla w 1/8finalu (za pierwszym razem stalo
sie tak w jej debiucie w 2019 roku). W Wielkim Szlemie poprzednio na tym
etapie odpadla dwa lata temu w Australian Open.
Sen Kostiuk (za jej przygotowanie fizyczne odpowiada Jolanta
Rusin-Krzepota, ktora w przeszlosci wspolpracowala ze Swiatek) trwa. Nigdy
wczesniej nie dotarla w stolicy Francji do cwiercfinalu. Jej najlepszym
wynikiem byla dotychczas wspomniana juz czwarta runda z 2021 roku, gdy
odpadla po przegranej ze Swiatek. Wyrownala zas wlasnie swoje najlepsze
osiagniecie w Wielkim Szlemie – w cwiercfinale zameldowala sie wczesniej w
Australian Open 2024.
We wtorkowym cwiercfinale Kostiuk zmierzy sie ze zwyciezczynia meczu
pomiedzy rozstawiona z numerem siodmym Ukrainka Elina Switolina i
Szwajcarka Belinda Bencic, turniejowa “11”.
PILKA NOZNA
-“Fatalny mecz Polakow. Ukraina pokazala nam, jak sie gra w pilke”-Bartosz
Krolikowski
Czy Jan Urban widzi problemy naszej kadry? Pewnie widzi. Czy umie je
rozwiazac? Na razie na pewno nie. Gdyby potrafil, reprezentacja Polski nie
stracilaby dwoch absurdalnie latwych (z perspektywy rywali) goli. Stare
demony nadal ucztuja w naszej kadrze, ktora przegrala we Wroclawiu z
Ukraina 0:2. Jesli ten mecz mial pokazac, braku ktorej druzyny na mundialu
swiat moze pozalowac, to za nami na pewno nikt nie zaplacze.
“Derby pokonanych przez Szwecje” – takim m.in. mianem mozna bylo okreslic
dzisiejsze starcie Polski z Ukraina. Zarowno nam, jak i naszym wschodnim
sasiadom Skandynawowie wbili po trzy gole (3:2 z Polska, 3:1 z Ukraina),
zamykajac droge na mundial. Przez co bezposrednie starcie na Tarczynski
Arenie Wroclaw mialo bylo wylacznie towarzyskie. Co oczywiscie nie
oznaczalo, ze nie bylo powodu, by uwaznie ten mecz obserwowac.
Jesli chodzi o Polakow, Jan Urban zaczal juz powoli sprawdzanie nowych
twarzy w kadrze. Na majowo-czerwcowe zgrupowanie powolal pieciu absolutnych
debiutantow. Przy czym, jak sie okazalo, meczu z Ukraina w wyjsciowym
skladzie nie zaczal zaden z nich. W porownaniu z finalem barazy ze Szwecja
nasz selekcjoner zmienil bramkarza, bo do kadry po powaznej kontuzji kolana
wrocil Marcin Bulka. Na srodku obrony zamiast Jana Bednarka pojawil sie
Tomasz Kedziora. Pierwsza szanse od 1. minuty otrzymal Oskar Pietuszewski,
natomiast wyeliminowanego przez uraz Matty’ego Casha na prawym skrzydle
zastapil Arkadiusz Pyrka.
Ten mecz byl tez okazja do uczczenia pamieci zmarlego przed kilkoma
tygodniami Jacka Magiery, asystenta Jana Urbana. Polacy zrobili to juz
przed spotkaniem, bo podczas rozgrzewki mieli na sobie koszulki z
wizerunkiem trenera, dla ktorego stadion we Wroclawiu byl wyjatkowy. To tu
przez lata prowadzil Slask Wroclaw i zdobyl z nim wicemistrzostwo Polski.
Poza tym jeszcze przed hymnami pamiec Magiery zostala uczczona minuta braw
od pilkarzy oraz publicznosci. Bardzo licznej, bo choc byl to jedynie mecz
towarzyski, wroclawski stadion byl w zdecydowanej wiekszosci zapelniony.
Pierwsze minuty Polakow? Naprawde swietne. Ukraincy przez ponad 10 minut
mieli klopot, by w ogole utrzymac sie ciut dluzej przy pilce z uwagi na
nasz pressing i precyzyjne, dlugie pilki. Problem byl ze skonsumowaniem tej
przewagi, bo Polakom brakowalo spelnienia podstawowego warunku zdobycia
gola, czyli oddania strzalu.
W krotkim odstepie czasu kilka razy wydawalo sie, ze Oskar Pietuszewski czy
Piotr Zielinski mogli pokusic sie o uderzenie, a mimo to niepotrzebnie
jeszcze szukali dryblingu lub podania. Az w koncu ostrzezenie wyslali
rywale.
Oni to nawet trafili do bramki, a konkretnie Wiktor Cygankow w 17. minucie,
gdy dobil cudownie obroniony przez Bulke strzal Romana Jaremczuka. Na nasze
szczescie byl na spalonym, niemniej pierwszy niepokojacy sygnal dotyczacy
naszej defensywy, tak niepewnej w barazach, sie pojawil. Odpowiedziec, tym
razem zgodnie z przepisami, mogl trzy minuty pozniej Oskar Pietuszewski.
Nasz wielki talent najpierw wszystko zrobil dobrze – przyjal pilke i uciekl
obroncy. Zabraklo wykonczenia, bo przegral sytuacje sam na sam z Anatolijem
Trubinem. To wlasnie temu bramkarzowi strzelil wczesniej w tym roku
najpiekniejszego gola w karierze, gdy w meczu Benfica – FC Porto wkrecil w
murawe mistrza swiata Nicolasa Otamendiego i huknal ile sil. Tamtej
precyzji i mocy uderzenia tym razem zabraklo.
Trybuny we Wroclawiu nie byly przesadnie aktywne, bardziej reagujac na to,
co sie aktualnie dzieje. Natomiast w kluczowej sytuacji milczalo cos, co
nie powinno – gwizdek sedziego. “Stempel” na nodze Tomasza Kedziory w polu
karnym byl oczywisty, powtorki nie pozostawialy watpliwosci. Niestety,
sedzia Filip Glova tego nie zauwazyl.
Roman Jaremczuk mial w 34. minucie tyle miejsca na 16. metrze po stracie
Jakuba Piotrowskiego, ze bez klopotu uderzyl na tyle mocno oraz
precyzyjnie, ze Bulka nie mial szans. Nie wykorzystalismy swoich dobrych
minut. Rywale dostali od nas pomoc i skorzystali. A potem, przed przerwa,
jeszcze raz. W 44. minucie weszli w nasze pole karne jak w maslo. Nikt
nawet nie probowal przeszkadzac Cygankowowi, ktory zbiegl z lewego
skrzydla, dogral do Jarmolenki, a jego… tez nikt nie pilnowal, przez co z
latwoscia z bliska trafil na 2:0.
Jan Urban na przedmeczowej konferencji prasowej mowil o koniecznosci pracy
nad gra defensywna. W pierwszej polowie absolutnie nie bylo tego widac.
Zamiast solidnego muru, byl co najwyzej nadjedzony przez termity, drewniany
plot. I nie mozna tu nawet mowic o winie samych stoperow, bo zwlaszcza
drugi gol dla rywali byl efektem kompletnej dezorganizacji w kryciu oraz
zlej reakcji na wydarzenia boiskowe.
Nasz selekcjoner w przerwie mocno zareagowal. Przeprowadzil az piec zmian,
a mimo wyniku sciagnal najwieksze ofensywne gwiazdy: Piotra Zielinskiego,
Oskara Pietuszewskiego, Sebastiana Szymanskiego i przede wszystkim Roberta
Lewandowskiego. Kapitan naszej kadry dotrzymal slowa i wyszedl przed meczem
na boisko z walczaca z nowotworem Maja Mecan z fundacji Cancer Fighters,
ale nie doczekal sie 90. gola w kadrze. Na murawie zastapil go debiutant
Mateusz Zukowski, strzelec 17 goli w 2. Bundeslidze (on, a nie Karol
Swiderski, ktory gral ewidentnie za jego plecami). Srodek obrony za to
stracil Przemyslawa Wisniewskiego, a zyskal innego nowicjusza, czyli Oskara
Wojcika z Cracovii. Pojawil sie rowniez m.in. Bartosz Kapustka, ktorego sam
fakt powolania wywolal wiele kontrowersji.
Czy to odmienilo obraz gry? Moze na chwile nieco pobudzilo nas w ofensywie,
bo juz po pierwszym golu dla rywali wygladalismy, jak z wyciagnieta
wtyczka. Swiderski mogl wykorzystac zle rozegranie Ukraincow w ich polu
karnym, lecz gosci znow ocalil Trubin. Jednak poza ta sytuacja, de facto
sprezentowana przez rywali, a nie wypracowana przez Polakow, niewiele sie
zgadzalo. O ile w pierwszej polowie mozna sie bylo zzymac na brak
skutecznosci, bo jeszcze cos kreowalismy, tak po przerwie trudno bylo mowic
o nieskutecznosci. Nie bylo wszak czego marnowac.
Kolejne minuty mijaly, a poprawy widac nie bylo. Symboliczne byly dwa
podania Bartosza Kapustki: jedno do nikogo za linie koncowa, drugie tez do
nikogo, tylko tym razem za linie boczna. Kibice we Wroclawiu tak bardzo nie
mieli sie kim zachwycac na boisku, ze woleli skandowac nazwisko nieobecnego
juz wtedy na murawie Roberta Lewandowskiego. Przy czym dobrze, ze chociaz
to, bo obiektywnie nalezy ocenic, iz atmosfera na trybunach nie byla
szczegolnie lepsza niz ta, na ktora czesto narzekamy na Narodowym.
Jesli mial pasc jakis gol, to predzej dla Ukrainy, ale skore Polakom
uratowal Bulka. Naszym jedynym celnym strzalem pozostawal ten Swiderskiego
po podaniu od przeciwnika. Niecelne podanie, za mocne dosrodkowanie,
straty. Zmiennicy bez impulsu, chyba ze negatywnego. Jesli Jan Urban znow
powie, ze Kapustka go nie zawiodl i wypelnil zadania, to naprawde nie
wiemy, jakie te zadania mialy byc.
Z przykroscia nalezy stwierdzic, ze w tym meczu nie zobaczylismy absolutnie
zadnego progresu w grze Polakow. Ze Szwecja tracilismy gole w sposob
banalny. Tu bylo dokladnie tak samo. Jednak tam potrafilismy, chociaz tez
strzelic. We Wroclawiu nasza ofensywa usiadla na czteroliterowej czesci
ciala po pierwszym golu dla rywali, a po zmianach w przerwie, zamiast
wstac, zmienila pozycje na lezaca. Spokoj na lato juz zatracilismy. Z
Nigeria zagramy o to, by nie bylo totalnej paniki.
Polska – Ukraina 0:2 (Jaremczuk 34′, Jarmolenko 44′)
-“Co za emocje w finale Ligi Mistrzow! Katastrofa w rzutach karnych”-Dawid
Szymczak
To byl taki final, jaki wiekszosc sobie wyobrazala: znakomicie broniacy sie
Arsenal i nacierajacy Paryz. A skoro spotkalo sie dwoch specjalistow w
swoim fachu, to nawet 90 minut nie wystarczylo do wylonienia zwyciezcy.
Uczta trwala jeszcze przez dogrywke i serie rzutow karnych. W niej lepszy
okazal sie Paryz (1:1 w meczu, 4:3 w karnych).
Finezja kontra pragmatyzm. Atak kontra obrona. Obronca trofeum kontra klub
bez pucharu Ligi Mistrzow w gablocie. Doprawdy – trudno byloby wymyslic
bardziej zroznicowany finalowy zestaw. W przypadku Paryza ten mecz mial
zdefiniowac caly sezon, bo puchar za krajowe mistrzostwo juz dawno tam
spowszednial i przestal kogokolwiek rajcowac, o ile nie pojawia sie w
towarzystwie trofeum za zwyciestwo w Lidze Mistrzow. To ono jest glownym
celem kazdego sezonu juz od kilkunastu lat, odkad klub przejeli katarscy
bogacze. Dla Arsenalu natomiast ten sezon zostal juz zdefiniowany jako
fantastyczny i przelomowy, gdy po 22 latach udalo sie zdobyc mistrzostwo
Anglii. Zwyciestwo w Lidze Mistrzow moglo byc “jedynie” jego zwienczeniem.
Moglo tez pomoc w uznaniu druzyny Mikela Artety za najlepsza w historii
klubu. Stawka byla wiec olbrzymia, ale inna w obu przypadkach.
Ten mecz byl tez starciem roznych stylow gry – najsilniejszy atak napotykal
na najbardziej szczelna obrona. Na lawkach siedzialo dwoch hiszpanskich
trenerow, ktorzy inaczej postrzegaja futbol: Mikel Arteta najchetniej
zaprogramowalby wszystkich swoich pilkarzy i kontrolowal kazdy
najdrobniejszy element meczu, a Luis Enrique nauczyl sie juz oddawac
inicjatywe samym pilkarzom. I to widac – PSG czyni cuda z pilka, a Arsenal
ociera sie o doskonalosc, gdy jej nie ma. Ostatecznie wszystko sprowadzalo
sie do jednego pytania – czyja wizja i czyj styl bedzie na wierzchu.
Jeszcze przed meczem przygladalismy sie obu tym zespolom z kazdej mozliwej
strony. Analizowalismy, prognozowalismy i probowalismy sobie ten final
wyobrazic. W zalewie roznych statystyk najciekawsza – bo i najbardziej
zaskakujaca – byla ta, ktora mowila, ze PSG, czyli zespol, ktory wydaje sie
perfekcyjnie panowac nad pilka i znakomicie budowac akcje, popelnil w tym
sezonie Ligi Mistrzow najwiecej bledow prowadzacych do strzalow
przeciwnika. Co wiecej – zaden inny zespol nie stracil w tej edycji tylu
goli po wlasnych bledach, a najwiecej goli dla rywali- 37 proc. – padlo po
akcjach prawa strona boiska, na ktorej zazwyczaj gra Achraf Hakimi.
To wszystko potwierdzilo sie juz w 6. minucie, gdy Marquinhos – prawy
srodkowy obronca – zostal zaatakowany przez pilkarzy Arsenalu i w efekcie
zle wybil pilke. Trafil nia w Leandro Trossarda, a po chwili przejal ja Kai
Havertz i niemal od polowy boiska przebiegl pod bramke PSG. I chociaz kat
przy oddawaniu strzalu byl ostry, a bramkarz dobrze ustawiony, niemiecki
napastnik uderzyl idealnie – bardzo mocno, nad glowa Matwieja Safonowa,
ktory nawet nie nadazyl sledzic tej pilki wzrokiem.
Arsenal wyszedl na prowadzenie i odebral nagrode za perfekcyjnie rozegrany
poczatek meczu. Jego pilkarze juz wczesniej zdazyli wykonac kilka podobnych
doskokow jak do Marquinhosa. Nie czekali na rywali przed wlasnym polem
karnym, tylko polowali na ich blad juz w okolicach polowy boiska. A o tym,
jak skrupulatnie realizowali nakreslony przez Mikela Artete plan,
swiadczylo to, ze zawodnikom z Paryza ciagle brakowalo miejsca, by rozegrac
pilke. Boisko wydawalo sie absurdalnie male.
Bylo jasne, ze Arsenal nie rozegra na takich obrotach calego meczu. Plan
jednak wypalil znakomicie – gdy pilkarzom Artety powoli zaczynalo brakowac
sil i potrzebowali chwili na wziecie glebszego oddechu, byli juz na
prowadzeniu. Mogli wiec nieco spuscic z tonu, przesunac linie obrony nieco
blizej wlasnej bramki i oddac pilke PSG. Mogli to zrobic bez paniki, bo
przeciez nikt w Europie nie broni lepiej od nich. To sie potwierdzilo, bo w
kolejnych minutach Paryz wciaz niemilosiernie meczyl sie w budowaniu akcji.
Zawodnicy Arsenalu dawali popis gry w obronie – byli wrecz doskonale
ustawieni i skoordynowani. Nie notowali zadnych spoznien, zadnych pomylek.
I choc zespol Luisa Enrique probowal zmieniac kierunki ataku i szybko
wymienial pilke, szukal dosrodkowan w pole karne, to w obronie Arsenalu nie
pojawialy sie nawet najmniejsze dziury. Trudno bylo sie nie zachwycic tym,
jak zgrany jest zespol Arsenalu. Jak zsynchronizowane sa ruchy jego
pilkarzy. Jak doskonale uzupelniaja sie boczni obroncy i defensywni
pomocnicy. Jak pomocni sa w tej grze skrzydlowi i Kai Havertz.
Wystarczy nadmienic, ze Paryz schodzil na przerwe z zaledwie jednym celnym
strzalem, majac tylko 0,26 xG (gole oczekiwane, mierzace prawdopodobienstwo
zdobycia bramki). Pod koniec pierwszej polowy widac bylo, ze w jego gre
zaczyna wkradac sie frustracja i zniecierpliwienie. Najwieksze gwiazdy –
Ousmane Dembele, Chwicza Kwaracchelia i Desire Doue – nie przywykly
przeciez do takiego bicia glowa w mur, wiec zaczely uderzac na bramke z
nieprzygotowanych pozycji. Pilka po tych strzalach ladowala na trybunach. I
to w okolicach 25. rzedu.
W samej koncowce Havertz mial jeszcze jedna okazje do zdobycia bramki, ale
tym razem Marquinhos zachowal sie doskonale i w ostatnich chwili zablokowal
jego strzal.
Po przerwie niewiele sie zmienilo – Arsenal wciaz bronil jednobramkowej
przewagi, a Paryz atakowal. Z kazda kolejna minuta coraz szybciej, az w
koncu wszedl na takie obroty, ze narzucone tempo stalo sie nieosiagalne dla
rywali. Z pozoru byla to prosta akcja – Kwaracchelia podal do Dembele, ten
od razu oddal mu pilke i Gruzin wpadl z nia w pole karne. Ale to wszystko
zostalo wykonane tak szybko, ze Cristhian Mosquera za tym nie nadazyl i
spowodowal rzut karny. Dembele byl bezbledny – uderzyl w lewo, a Raya
rzucil sie w prawo. Od 65. minuty byl remis 1:1.
Arteta zareagowal blyskawicznie i od razu po stracie gola przeprowadzil
dwie zmiany: za ukaranego zolta kartka Mosquere wprowadzil Jurriena
Timbera, a za Martina Odegaarda wpuscil Viktora Gyokeresa. Ale PSG po
zdobyciu bramki ewidentnie odzylo. Szlo za ciosem. Atakowalo z jeszcze
wiekszym rozmachem. W 71. minucie zle podanie Rayi przejal Joao Neves,
ktory momentalnie zagral na skrzydlo do Dembele, ale strzal Francuza byl
jednak niecelny. Juz dwie minuty pozniej jeszcze grozniej na bramke
Arsenalu uderzyl Vitinha, jednak pilka przeleciala kilka centymetrow nad
poprzeczka. Malo? Chwile pozniej Kwaracchelia ruszyl z kontra i oddal
strzal, po ktorym pilka odbila sie najpierw od stopy Mylesa
Lewisa-Skelly’ego, a po chwili od slupka i wyszla poza koncowa linie.
Ogladalismy taki mecz, jakiego spodziewala sie wiekszosc ekspertow i
kibicow – broniacy sie Arsenal i atakujacy Paryz. O ile w pierwszej polowie
gora w tym starciu stylow zdecydowanie byla defensywa, o tyle po przerwie
rzadzil atak. W ostatnim kwadransie, gdy na boisko zaczelo wkradac sie
zmeczenie, mecz sie otworzyl. Arsenal zaczal sie odgryzac, w 85. minucie
szukal gola po rzucie z autu, ale po chwili o malo gola nie stracil, bo
wprowadzony z lawki Bradley Barcola ruszyl z grozna kontra. W ostatniej
chwili pilke spod nog wygarnal mu Raya. Wynik wisial na wlosku – najpierw
Noni Madueke zaprzepascil obiecujaca szanse niecelnym podaniem, a juz
minute pozniej w swietnej sytuacji – majac przygotowana pilke na wprost
bramki, raptem szesnascie metrow od niej – przestrzelil Vitinha.
Paryz w ostatniej akcji mogl jeszcze uniknac dogrywki, bo z bardzo podobnym
atakiem jak dziesiec minut wczesniej popedzil Barcola. Tym razem zdolal
oddac strzal, ale niecelny. Wciaz bylo 1:1. Uczta trwala dalej.
Dogrywka zaczela sie od dwoch rzutow roznych Arsenalu – to, obok gry w
obronie, kolejny element, w ktorym zespol Artety ociera sie o perfekcje. W
tym sezonie Premier League zdobyl w ten sposob 19 bramek i o trzy gole
poprawil dotychczasowy ligowy rekord. Ale tym razem – ku rozczarowaniu
szalejacych za bramka kibicow – nie stworzyl w ten sposob zadnego
zagrozenia.
W 102. minucie doszlo do najwiekszej kontrowersji – Noni Madueke wdarl sie
w pole karne i stracil rownowage po starciu z biegnacym za nim Nuno
Mendesem. Obaj trzymali sie za rece i przepychali, ale to skrzydlowy
Arsenalu wywalczyl lepsza pozycje. Daniel Siebert nie przerwal jednak gry,
a Mikelowi Artecie i jego pilkarzom puscily nerwy – trener Arsenalu i
Declan Rice dostali zolte kartki za przesadne protesty. I chociaz wszyscy
kibice Arsenalu malowali przed soba telewizory, naklaniajac sedziego, by
obejrzal powtorke tej akcji, to VAR nie dopatrzyl sie jego bledu i nie
interweniowal. Karny nie zostal podyktowany.
W dogrywce padl tylko jeden celny strzal – Desire Doue, a tempo gry bylo
juz wyraznie nizsze. Paryz czekal na dogrywke z pilka przy nodze, a Arsenal
drepczac wokol swojego pola karnego. Nic nie podsumowalo tego meczu lepiej
niz prosta statystyka wyswietlona przez realizatora w ostatniej minucie
dogrywki – Paryz oddal 17 strzalow (4 celne), a Arsenal – tylko 4 (1
celny). Caly ten mecz przypomnial, ze nie ma jednej wlasciwej drogi do
triumfu.
W serii rzutow karnych lepszy okazal sie Paryz . W pierwszej parze idealnie
uderzali Goncalo Ramos dla PSG i Viktor Gyokeres dla Arsenalu. Ale juz w
drugiej serii doszlo do pomylki – Eberechi Eze kombinowal z rozbiegiem,
drobil kroczki, zwalnial, az w koncu uderzyl obok slupka. A ze wczesniej
jedenastke pewnie wykonal Desire Doue, Paryz prowadzil 2:1. W trzeciej
serii role sie odwrocily – Raya obronil mocne uderzenie Nuno Mendesa, a po
chwili pewnie strzelil Declan Rice. Bylo 2:2. W czwartej serii wykonawcy
znow byli bezbledni – najpierw Achraf Hakimi, a pozniej Gabriel Martinelli.
Kluczowa okazala sie piata seria – dla PSG trafil Beraldo, a koszmarnie
pomylil sie Gabriel, ktory uderzyl nad poprzeczka. Zespol Luisa Enrique
obronil tytul.
-Dyrektor Chrobrego Glogow przed finalem barazy: inni musza, a my mozemy
Przed finalem barazy o awans do pilkarskiej ekstraklasy z Wieczysta Krakow
nastawienie w Chrobrym sie nie zmienia. – Mowilismy juz przed polfinalem:
to takie kluby, jak LKS Lodz czy Wieczysta musza, a my mozemy – podkreslil
dyrektor klubu z Glogowa Dariusz Czaja.
Chrobry do finalu awansowal po dramatycznym pojedynku na wlasnym stadionie
z LKS-em Lodz. Po regulaminowym czasie gry i dogrywce byl remis 1:1. O
wszystkim decydowaly rzuty karne, w ktorych pierwszy pomylil sie zawodnik
gospodarzy. Lodzianie zmarnowali jedenastke dopiero w ostatniej serii i o
tym, kto zagra w finale barazy zadecydowala dodatkowa kolejka, w ktorej na
wysokosci stanal Dawid Arndt, ktory do Chrobrego trafil z… LKS.
“Wiara byla do konca i widac, ze ta wiara miala sens. Rzuty karne to troche
loteria, ale sie udalo. Dla nas wazne bylo to, ze byl to kolejny mecz, w
ktorym przegrywalismy, ale wrocilismy. Widac, ze mentalnosc zespolu,
zaangazowanie, wiara i heroizm sa na wysokim poziomie” – powiedzial PAP
Czaja.
W drugim polfinale Wieczysta Krakow zmierzyla sie z Polonia Warszawa i po
rownie dramatycznym meczu wygrala 3:2. Czaja nie ukrywal, ze trzymal kciuki
za “Czarne Koszule”.
“Chocby z tego wzgledu, ze do finalu jest malo czasu i latwiej byloby
zorganizowac mecz u siebie niz przygotowac wyjazd do Krakowa. Czas na
regeneracje bylby tez dluzszy. I oczywiscie lepiej sie gra przed wlasna
publicznoscia. Stalo sie inaczej, musimy jechac do Krakowa i mamy teraz
maly Armagedon organizacyjny” – dodal.
Terminarz 1. ligi tak sie ulozyl, ze Chrobry z Wieczysta mierzyl sie
zaledwie kilka dni temu, w ostatniej kolejce i wowczas byl remis 1:1. W
jesiennym pojedynku z Glogowie gora byli goscie, wygrywajac 2:1.
“Nie swietowalismy po awansie do finalu barazy, bo nie bylo na to czasu,
ale tez nie ma czego celebrowac. Zrobilismy dopiero jeden krok i przed nami
jeszcze jeden, jeszcze trudniejszy. Teraz wszyscy w klubie pracujemy, aby
dopiac kazdy szczegol na ostatni guzik i zapewnic zespolowi jak najlepsze
warunki przed finalem. Pracy jest naprawde sporo” – przyznal Czaja.
Sportowo Glogowianie jeszcze musza sie bic o ekstraklase, ale
organizacyjnie juz sa gotowi do wystepow w najwyzszej klasie rozgrywkowej,
o czym moze swiadczyc przyznanie licencji juz w pierwszym terminie.
Jezeli Chrobry awansuje, pierwsze domowe mecze bedzie rozgrywac w Lubinie
na stadionie Zaglebia.
“Zglosilismy Lubin, ale zrobimy wszystko, aby jak najszybciej wrocic do
Glogowa. To jednak dopiero przed nami. Teraz liczy sie final barazy. Caly
czas powtarzamy, ze to takie kluby jak LKS Lodz czy Wieczysta musza, a my
tylko mozemy. Ale jezeli juz mamy taka szanse, to chcemy zrobic wszystko,
aby ja wykorzystac. Nie jestesmy faworytem, ale nie takie historie pilka
nozna juz widziala” – podsumowal Czaja.
Chrobry, podobnie zreszta jak Wieczysta, jeszcze nigdy nie gral w
ekstraklasie. Czwarte miejsce, ktore Glogowianie zajeli w zakonczonym
sezonie, bylo ich najwyzszym na drugim poziomie rozgrywek. W sezonie
2021/22 zespol z Dolnego Slaska po zajeciu szostego miejsca zagral w
barazach i najpierw pokonal Arke Gdynia, ale w finale ulegl Koronie Kielce.
Na podstawie: Onet.p, wyborcza.pl, interia.pl, gazeta.pl, 90minut.pl,
pilkanozna.pl, przegladsportowy.pl, tvpsport.pl, polsatsport.pl,
dziennikbaltycki.pl, gs24.plopracowal Reksio.
Tylko zlamasy czytaja gazetke,a zaluja kasy (Na Smerfny Fundusz Gargamela)
STRONA INTERNETOWA: https://gazetka-gargamela.eu/
abujas12@gmail.com
http://www.smerfnyfunduszgargamela.witryna.info/
http://www.portalmorski.pl/crewing/index.php?id=wiadomosci
http://MyShip.com
Jezeli chcesz sie zapisac na liste adresowa lub z niej wypisac, jak rowniez
dokuczyc Gargamelowi – MAILUJ abujas12@gmail.com
GAZETKA NIE DOSZLA: gazetka@pds.sos.pl
Dla Dobrych Wujkow Marynarzy:
(ktorzy czytajac gazetke pamietaja ze sa na swiecie chore dzieciaczki):
Stowarzyszenie Pomocy Chorym Dzieciom LIVER,
Krakow, ul. Wyslouchow 30a/43.
BNP Baribas nr 19 1750 0012 0000 0000 2068 7436
Konieczny dopisek “MARYNARSKIE POGOTOWIE GARGAMELA”
wplaty w EURO (przelew zagraniczny) PL72 1750 0012 0000 0000 2068 7452
wplaty w USD (przelew zagraniczny) PL22 1750 0012 0000 0000 2068 7479
wplaty w GBP (przelew zagraniczny) PL15 1750 0012 0000 0000 3002 5504
BIC(SWIFT) PPABPLPKXXX
Konieczny dopisek “MARYNARSKIE POGOTOWIE GARGAMELA”
Dla wypelniajacych PiT:
Stowarzyszenie Pomocy Chorym Dzieciom LIVER,
numer KRS 0000124837:
“Wspomoz nas!”
teskty na podstawie Onet, TVN, Info Szczecin, Nadmorski, WP, Fakty
Sportowe, NATIONAL Geographic, Sport pl, Detektyw online, Poscigi pl.