Dzien dobry – tu Polska – poniedziałek, 30 listopada 2020

Kochani wybaczcie – dopiero teraz zobaczylem, ze wczorajsza Reksiowa
gazetka nie poszla

Jeszcze raz wiec.

DZIEN DOBRY – TU POLSKA
SPORTOWY WEEKEND
Rok XVII nr 313(5547) 29 listopada 2020 r.
abujas12@gmail.com
http://www.smerfnyfunduszgargamela.witryna.info/
http://www.portalmorski.pl/crewing/index.php?id=wiadomosci

SKOKI NARCIARSKIE
Kubacki ponownie na podium w Kuusamo. Po raz pierwszy w karierze wygral
Granerud .
Dawid Kubacki zajal trzecie miejsce w drugim konkursie indywidualnym
Pucharu Swiata w Kuusamo. Polski skoczek w sobote byl drugi. Niedzielne
zawody zwyciezyl Norweg Halvor Egner Granerud, dla ktorego byl to
pierwszy triumf w karierze.
Po sobotnim konkursie wzrosly apetyty polskich kibicow. Na podium
znalazlo sie bowiem dwoch Bialo-Czerwonych. Na drugim miejscu konkurs
zakonczyl Piotr Zyla, a trzeci byl Dawid Kubacki. Oprocz Zyly i
Kubackiego z Polakow do kwalifikacji przystapili takze: Kamil Stoch,
Klemens Muranka, Pawel Wasek i Andrzej Stekala.
Z rywalizacji jeszcze przed startem zostali wykluczeni Czesi (pozytywny
wynik na obecnosc koronawirusa u zawodnika Filipa Sakali) oraz Bulgar
Wladimir Zografski (zakazenie u szkoleniowca Matjaza Zupana i jego
asystenta).
W zwiazku z tym na starcie kwalifikacji stanelo 59 zawodnikow. Przed
Polakami ponownie otworzyla sie szansa awansowania w komplecie do
glownych zawodow. Tylko Klemens Muranka nie zdolal zmiescic sie w „50”.
Po skoku na 88 m zajal 52. lokate.
Jako pierwszy na belce startowej pojawil sie Pawel Wasek. 21-latek
uzyskal 108 m, co dalo mu 42. miejsce. Kamil Stoch zanotowal 124,5 m i
byl osmy. Andrzej Stekala (122 m, 17. pozycja), Dawid Kubacki (118,5 m,
25. miejsce) i Piotr Zyla (126,5 m, 7. lokata) takze awansowali do zawodow.
Kwalifikacje wygral Pius Paschke (139 m). Niemiec wyprzedzil lidera
Pucharu Swiata Markusa Eisenbichlera (132,5 m) i Halvora Egnera
Graneruda (130,5 m).
Eisenbichler, ktory wygral dwa pierwsze konkursy i prowadzi w cyklu,
oddal natomiast najdluzszy skok w pierwszej serii – wyladowal na 141.
metrze. Drugi byl Norweg Robert Johansson, a trzeci Sloweniec Anze
Lanisek – obaj uzyskali 138,5 m.
Kubacki skoczyl 132 m, a dwie pozycje nizej – na dziewiatej –
sklasyfikowany byl Kamil Stoch – 130 m. Pawel Wasek uzyskal 128 m, co
daje mu 24. lokate. Niespodziewanie slabo poszlo Piotrowi Zyle, ktory w
sobotnim konkursie byl drugi. W pierwszej serii wyladowal na 121. metrze
i byl sklasyfikowany na 27. pozycji. Do finalowej serii nie awansowal
Andrzej Stekala, ktory w pierwszej probie mial 123 m, co dalo mu 33.
miejsce.
W drugiej odslonie Zyla zanotowal jeszcze krotszy skok – 116,5 m – i
konkurs zakonczyl na 23. lokacie. Dwie pozycje nizej uplasowal sie
Wasek, ktory w swojej drugiej probie zaliczyl 117 m. Poprawili sie
natomiast Stoch (132 m) i Kubacki (139 m), co dalo im odpowiednio siodma
i trzecia lokate.

PILKA NOZNA
EKSTRAKLASA
11 kolejka
Gornik Zabrze-Pogon Szczecin 2-1
Podbeskidzie-Slask Wroclaw 0-2
Stal Mielec-Jagiellonia Bialystok 3-1
Wisla Krakow-Zaglebie Lubin 1-2
Wisla Plock-Cracovia 0-1
Rakow Czestochowa-Warta Poznan 1-0
Legia Warszawa-Piast Gliwice 2-2
W poniedzialek Lechia Gdansk-Lech Poznan
1.Rakow 24pkt
2.Legia 23pkt
3.Gornik Zabrze 20pkt
4.Zaglebie Lubin 18pkt
5.Slask 17pkt
6.Lechia 16pkt
7.Pogon 15pkt
8.Jagiellonia 14pkt
9.Warta 13pkt
10.Cracovia 12pkt
11.Lech 10pkt
12.Wisla Krakow 10pkt
13.Wisla Plock 9pkt
14.Piast 9pkt
15.Stal 9pkt
16.Podbeskidzie 9pkt
– Stylu dalej nie ma, a co gorsza pilkarzy Pogoni Szczecin opuscilo tez
szczescie. Portowcy od 30. minuty grali w oslabieniu i – pomimo
znakomitego poczatku – przegrali na wyjezdzie z Gornikiem Zabrze 1:2. To
druga porazka w sezonie.
W piatkowy wieczor oba zespoly mialy na boisku sporo do udowodnienia.
Gornik Zabrze chcial sie zrehabilitowac za derbowa porazke z Piastem
Gliwice 1:2, a Pogon planowala zmazac plame z fatalnego wystepu w
Pucharze Polski. Portowcy co prawda przeszli do kolejnej rundy, ale w
wyjazdowym meczu z Wisla Plock zaprezentowali sie bardzo blado.
Awansowali dopiero po serii rzutow karnych.
W ekstraklasie sytuacja wyglada podobnie. Szczecinianie regularnie
punktuja, ale styl pozostawia wiele do zyczenia.
– Nasz dotychczasowy dorobek jest satysfakcjonujacy, natomiast w samej
grze na pewno sa jeszcze rezerwy. Staramy sie wykrzesac caly potencjal i
nie stracic kontaktu z ligowa czolowka – mowil przed spotkaniem trener
Kosta Runjaic.
Dlatego stawka spotkania w Zabrzu byla bardzo duza. Portowcy w przypadku
zwyciestwa mogli zepchnac Gornika z trzeciej pozycji i wskoczyc na jego
miejsce.
Poczatek byl bardzo obiecujacy, poniewaz juz w 4. minucie goscie
przeprowadzili jedna z najladniejszych akcji w tym sezonie. Po szybkiej
wymianie kilku podan i efektownym dryblingu Sebastiana Kowalczyka pilka
znalazla sie w polu karnym Gornika i niewiele brakowalo, zeby pogubieni
zabrzanie sami strzelili sobie gola.
Pogon udokumentowala przewage po kwadransie i mozna zazartowac, ze byla
to szczecinska specjalnosc zakladu, poniewaz podopieczni Runjaicia
zdobyli juz kolejnego gola w tym sezonie po dosrodkowaniu z rzutu
roznego. Ewidentnie wytrenowany staly fragment gry precyzyjnym
uderzeniem wykonczyl Maciej Zurawski. To byl pierwszy gol w ekstraklasie
19-letniego zawodnika, ktory w piatek, z koniecznosci, zagral na srodku
obrony, zastepujac kontuzjowanego Konstantinosa Triantafyllopoulosa.
Niestety szczecinianie nie poszli za ciosem i oddali inicjatywe
Gornikowi. Po polgodzinie gry zostali za to podwojnie ukarani.
Gospodarze w ciagu jednej akcji oddali az trzy uderzenia na bramke
portowcow. Pierwsze odbil Dante Stipica, drugie jeden z obroncow, a
trzecie reka zatrzymal Hubert Matynia. Sedzia pokazal defensorowi Pogoni
czerwona kartke i przyznal gospodarzom rzut karny. Z jedenastu metrow
nie pomylil sie Jesus Jimenez i gospodarze doprowadzili do wyrownania.
Podopieczni Marcina Brosza dominowali juz do konca pierwszej polowy, a
Pogon znowu musiala doslownie zawierzyc swoj los w rece Stipicy, ktory
jakims cudem obronil strzal z dystansu Erika Janzy.
Poczatek drugiej polowy to kolejne zagranie reka w polu karnym. Tym
razem ze strony zawodnika Gornika, jednak sedzia uznal, ze byl to
kontakt na tyle przypadkowy, ze portowcom nie nalezala sie jedenastka.
Chwile pozniej fatalny blad popelnil z kolei Zurawski i Jimenez wyszedl
sam na sam ze Stipica. Gora znowu okazal sie nieoceniony bramkarz z
Chorwacji.
Przewaga gospodarzy byla jednak na tyle duza, ze kolejny gol byl tylko
kwestia czasu. W 60. minucie Bartosz Nowak latwo poradzil sobie w polu
karnym z rezerwowym Luisem Mata i mocnym strzalem w dlugi rog
wyprowadzil Gornika na prowadzenie. I w tym przypadku nie zabraklo
kontrowersji, poniewaz niewykluczone, ze zawodnik wczesniej pomagal
sobie przy przyjeciu pilki reka.
Zabrzanie atakowali dalej i robili wszystko, zeby strzelic trzeciego
gola i przypieczetowac zwyciestwo. Dwie znakomite szanse zmarnowal
rezerwowy Piotr Krawczyk i niewiele zabraklo, zeby niewykorzystane
okazje zemscily sie na Gorniku. Na kwadrans przed koncem kontre Pogoni
skutecznie wykonczyl Alexander Gorgon, ale sedzia nie uznal gola –
bioracy udzial w akcji Michal Kucharczyk byl na pozycji spalonej.
Gornik ostatecznie dowiozl skromne prowadzenie do konca i wygral mecz
2:1. Mozna powiedziec, ze w Pogoni nic sie nie zmienilo. Portowcy
strzelili gola po rzucie roznym, niezle bronil Stipica, a oczekiwanej
poprawy stylu gry dalej nie ma. Tylko punktow tym razem nie udalo sie
zdobyc.
Pogon: Stipica – Stec, Zech, Zurawski (85. Malec), Matynia – Kucharczyk,
Drygas (69. Hostikka), Gorgon, Podstawski (69. Kozlowski), Kowalczyk
(38. Mata) – Zahovic (69. Benedyczak ZK).

-Lechia Gdansk w ostatnich pieciu meczach ligowych zdobyla siedem
punktow, chociaz w kazdym z nich tracila gola jako pierwsza. Umiejetnosc
odrabiania strat jest godna zauwazenia, jednak sam trend musi mocno
niepokoic trenera Piotra Stokowca.
Lechia juz w poprzednim sezonie zaslynela z niesamowitych powrotow. W
sumie az osiem razy skutecznie gonila rywala, w tym trzykrotnie od stanu
0:2 – w lidze z Gornikiem Zabrze (2:2) oraz w Pucharze Polski z Gryfem
Wejherowo (3:2) i Zaglebiem Lubin (3:2). Ponadto od stanu 0:1 udalo jej
sie odwrocic losy meczow z Legia Warszawa (2:1), LKS Lodz (3:1),
Jagiellonia Bialystok (2:1), Slaskiem Wroclaw (1:1) i Pogonia Szczecin
(1:1). W sumie bilans spotkan, w ktorych gdanski zespol tracil gola jako
pierwszy, byl nastepujacy: 5 zwyciestw, 3 remisy i 11 porazek. Naprawde
zacny.
Pisalismy wowczas – i chwalilismy – ze Lechii nigdy nie mozna skreslac.
Z drugiej strony statystyki sa bezwzgledne: kiedy tracisz bramke jako
pierwszy, szanse na korzystny wynik drastycznie maleja. Dlatego ten
aspekt z pewnoscia byl analizowany przez sztab trenera Stokowca. Jednak
w obecnym sezonie stalo sie to juz dla gdanskiego zespolu prawdziwa
plaga. W pieciu ostatnich meczach Lechia musial gonic wynik od 0:1, a w
calym sezonie juz szesciokrotnie. Gorsza pod tym wzgledem jest tylko
ostatnia w tabeli Stal Mielec – siedem razy.
Oczywiscie gdanszczanie caly czas potrafia odwracac losy meczow, w
ktorych przegrywaja. W obecnych rozgrywkach udalo im sie to juz trzy
razy: z Wisla Krakow (wygrana 3:1), Slaskiem (3:2) oraz Zaglebiem (1:1).
Jednak na dluzsza mete – jesli Lechia mysli o miejscu w czolowce – taki
stan rzeczy musi sie zmienic.
Chociaz trener Stokowiec widzi raczej szklanke do polowy pelna i zwraca
uwage na umiejetnosc wychodzenia jego zespolu z problemow.
– To wazne, kiedy jako druzyna potrafimy odpowiedziec na stracona
bramke. Ten fakt nie paralizuje nas, nie deprymuje, bo mozemy zmienic
sposob gry i umiemy zareagowac przy niekorzystnym wyniku. A to jest
sztuka. Zawsze mozna stracic gola – czy to ze stalego fragmentu, czy
nawet przez przypadek, kiedy ktos moze sie poslizgnac – ale kibice lubia
ogladac reakcje na stracona bramke i to jest wazne – podkresla
szkoleniowiec Lechii.
W obecnym sezonie jeszcze lepiej radzi sobie z wychodzeniem z klopotow
Rakow Czestochowa (na cztery takie przypadki trzy zwyciestwa i jedna
porazka). Jednak poza tym zespolem i wlasnie Lechia wygrac mecz mimo
utraty pierwszej bramki udalo sie jeszcze tylko czterem zespolom i to
tylko po razie. Sa to Cracovia, Legia Warszawa, Warta Poznan i Zaglebie
Lubin. Dla pozostalych druzyn szczytem marzen pozostaje w takiej
sytuacji remis. A juz prawdziwym wyrokiem jest dla wspomnianej Stali,
ktora w siedmiu takich sytuacjach wyszarpala raptem punkt.
A jak wyglada skutecznosc pilkarzy Lechii, kiedy gola zdobywaja jako
pierwsi? Niezle, gdyz trzy razy schodzili z boiska jako zwyciezcy i
tylko raz przegrali (1:3 z Rakowem).
Tu najbardziej bezwzgledne sa Legia oraz… Warta. Te zespoly, kiedy
wychodza na prowadzenie, zawsze wygrywaja, z tym ze mistrzowie Polski
zrobili to szesc razy, a beniaminek trzy. Skuteczni sa rowniez: Gornik
(piec zwyciestw, jedna porazka), Jagiellonia (cztery zwyciestwa, jeden
remis), Rakow (trzy zwyciestwa, dwa remisy) oraz Pogon i Slask (po
cztery zwyciestwa i jednej porazce).
Na drugim biegunie jest Podbeskidzie Bielsko-Biala (szesc razy
wychodzilo na prowadzenie, z czego wygralo tylko dwa mecze) oraz, co
zaskakujace, Lech Poznan. Kolejorz pieciokrotnie strzelal na 1:0, ale
wygral tylko dwa z takich meczow (i jeden zremisowal).

I LIGA
14 kolejka
Korona Kielce-Resovia 2-0
Radomiak Radom-Belchatow 2-0
Chrobry Glogow-Sandecja Nowy Sacz 0-2
Jastrzebie-Zaglebie Sosnowiec 2-1
Puszcza Niepolomice-Stomil Olsztyn 0-2
Gornik Leczna-LKS Lodz 2-0
Miedz Legnica-Odra Opole 4-2
Nieciecza-Tychy 0-0
Widzew Lodz-Arka Gdynia 2-1
1.Nieciecza 35pkt
2.LKS Lodz 32pkt
3.Leczna 28pkt
4.Radomiak 25pkt
5.Arka 24pkt
6.Odra Opole 24pkt
7.Korona 21pkt
8.Tychy 21pkt
9.Puszcza 20pkt
10.Miedz 20pkt
11.Widzew 19pkt
12.Stomil 16pkt
13.Chrobry 15pkt
14.Belchatow 14pkt
15.Jastrzebie 10pkt
16.Resovia 8pkt
17.Zaglebie Sosnowiec 8pkt
18.Sandecja 6pkt
-Arka Gdynia przez wiekszosc wyjazdowego meczu z Widzewem Lodz wygladala
mocno przecietnie i zasluzenie przegrala 1:2. Zryw na poczatku drugiej
polowy nie wystarczyl.
Arka w ostatnim czasie rzucila sie w pogon za czolowka tabeli I ligi,
wygrywajac trzy z czterech meczow. A poniewaz we wczesniejszych
spotkaniach tej kolejki punkty stracili zarowno lider Bruk-Bet Termalica
Nieciecza (bezbramkowy remis z GKS Tychy), jak i wicelider LKS Lodz
(porazka 0:2 z Gornikiem Leczna), ewentualne zwyciestwo w Lodzi znacznie
poprawiloby sytuacje zolto-niebieskich.
Jednak pierwsza polowa spotkania zdecydowanie nalezala do Widzewa. Sam
Karol Czubak spokojnie powinien ustrzelic hat tricka, tyle ze pozyskany
z Bytovii napastnik mial duze klopoty ze skutecznoscia. Juz w 4. min po
idealnym zagraniu Marcina Robaka, majac przed soba tylko Daniela
Kajzera, trafil w slupek. Potem nie trafil rowniez do siatki, bedac
zaledwie trzy metry przed pusta bramka!
W miedzyczasie w koncu udalo mu sie zdobyc gola, dobijajac z najblizszej
odleglosci strzal w slupek Krystiana Nowaka. Ponadto Widzew mial jeszcze
kilka dogodnych sytuacji, szczegolnie w koncowce spychajac pilkarzy Arki
do momentami rozpaczliwej obrony.
Goscie odpowiedzieli wlasciwie tylko glowka Lukasza Wolsztynskiego
(dobra obrona Milosza Mleczki), jednak statystyka strzalow – 16-5 dla
Widzewa – mowi wszystko o pierwszej polowie.
W przerwie w szatni Arki musialo byc wyjatkowo glosno, gdyz wyszla z
niej odmieniona druzyna. Juz w 47. min Rafal Wolsztynski zagral do
Mateusza Zebrowskiego, ktory nieco szczesliwie (sekwencja: uderzenie –
noga obroncy – reka bramkarza – slupek – gol) doprowadzil do wyrownania.
Za chwile ten sam zawodnik wrecz musial umiescic pilke w bramce po raz
drugi, ale nie potrafil z najblizszej odleglosci dobic pilki „wyplutej”
przez Mleczke po uderzeniu Juliusza Letniowskiego. Analiza tej sytuacji
idealnie nadawalaby sie do popularnego niegdys programu „Nie do wiary”.
Kara za nieskutecznosc nadeszla blyskawicznie. Po rzucie roznym Widzewa
z powietrza uderzal Mateusz Mozdzen, Kajzer zdola odbic pilke, ale przy
dobitce Robaka byl juz bezradny. Tym samym weteran polskich boisk zrobil
sobie idealny prezent w dniu 38. urodzin.
Za chwile Robak mogl ostatecznie zamknac mecz, dwukrotnie z dystansu
groznie uderzal tez Mozdzen. Arka po nokdaunie, jakim byl drugi gol, tak
naprawde juz sie nie pozbierala. Nie potrafila przeniesc ciezaru gry na
polowe rywala i realnej szansy na wyrownanie juz nie stworzyla.
Zatem plany zblizenia sie do scislej czolowki tabeli wziely w leb, Arka
wciaz zajmuje 5. miejsce (11 pkt straty do Bruk-Betu i 8 do LKS). W
kolejnym meczu gdynianie juz w srode zmierza sie na wlasnym stadionie z
Korona Kielce.
Arka: Kajzer – Danch, Kwiecien Z, Marcjanik, Marciniak – Mlynski,
Drewniak (69. Jankowski), Deja, Letniowski Z, Zebrowski (69. Siemaszko)
– Wolsztynski.

– Jestem wychowankiem Lecha Poznan, wiec obserwuje jego gre i zalezy mi
na tym, zeby gral jak najlepiej i wygrywal. Zreszta kibicuje kazdej
druzynie, w ktorej gralem, bo kazdy klub pomogl mi w pilkarskim rozwoju.
Dlatego z sentymentem patrze na Lecha, Widzew Lodz i moje niemieckie
kluby – pisze w swoim felietonie Artur Wichniarek.
W czwartek widzielismy poznanskiego Lecha, ktorego ja nie chce ogladac,
wycofanego i bojazliwego. To nie byl ten zespol, ktory skradl moje serce
w el. do europejskich pucharow oraz w meczach z Benfica czy Standardem
przy Bulgarskiej, a nawet w przegranym spotkaniu z Rangersami (0:1). W
swoich felietonach wielokrotnie pisalem, ze Lech ma w tym sezonie dwie
twarze. Jedna, to Liga Europy, w ktorej pilkarze Dariusza Zurawia grali
futbol na tak, grali skutecznie, a druga to ekstraklasa. Po czwartkowym
meczu mam wrazenie, ze Lech po raz pierwszy pokazal w LE twarz z ESA.
Moze mial na to wplyw fakt, ze Kolejorz po raz pierwszy byl faworytem w
tych rozgrywkach, po tym jak zasluzenie wygral z Belgami 3:1 pierwsze
spotkanie w Poznaniu. Niestety zawiodl na calej linii. Cala druzyna
oprocz bardzo dobrego w bramce Filipa Bednarka (gdyby nie on to
spotkanie byloby rozstrzygniete juz w pierwszej polowie) i strzelca
bramki Mikaela Ishaka. W wywiadzie pomeczowym ten pierwszy powiedzial,
ze chcieli przeczekac pierwsze 20 minut, zeby zobaczyc, jak dysponowany
jest przeciwnik i uwazam, ze to byl ogromny blad. Jezeli przypomnijmy
sobie mecz ze Sportingiem Charleroi, ktore jest na porownywalnym
poziomie, co Standard, to pamietamy, ze tam Lech pojechal bez
kompleksow. Pilkarze Zurawia sie nie przestraszyli i od pierwszej minuty
narzucili swoj sposob gry, co przynioslo efekt i awans do rozgrywek
grupowych. W Liège niepotrzebnie Lechici oddali inicjatywe, ktorej
oprocz 20-stu minut po przerwie grajac z przewaga jednego zawodnika, nie
mogli pozniej odzyskac. Belgowie zagrali bardzo agresywnym, wysoki
pressingiem, co powodowalo mnostwo bledow indywidualnych w szeregach
polskiego zespolu, ktory mial problem z wyjsciem z wlasnej polowy. Nie
bylo zawodnika, ktory potrafil dluzej utrzymac sie przy pilce, co tylko
potegowalo bezradnosc poznanskiej lokomotywy. Tylko glupota Mamadou
Oularé, ktory w doliczonym czasie pierwszej czesci gry otrzymal druga
zolta kartke, pozwolila polskiej druzynie zlapac oddech. Lech
wykorzystal to, wyszedl na prowadzenie po pieknej akcji Tymka Puchacza i
bramce bardzo skutecznego w tym sezonie Ishaka. Ale zamiast nabrac
pewnosci siebie i uspokoic gre, Pedro Tiba, ktory przyzwyczail nas do
tego, ze jest liderem i mozgiem zespolu, popelnil kardynalny blad,
ktorego konsekwencja jest bramka wyrownujaca. Do tego Djorde
Crnomarkonic lapie druga zolta kartke i mecz po raz kolejny wymyka sie
Lechitom. To co sie stalo po objeciu prowadzenia, jest niewytlumaczalne.
To byla katastrofa, o czym mowil tez po meczu trener Dariusz Zuraw.
Niestety rowniez fizycznie i mentalnie poznaniacy odbiegali w tym
spotkaniu od Belgow, co bylo tez widac w ostatniej akcji meczu.
Przywiezienie z wyjazdu nawet punktu dawaloby nadzieje na powalczenie z
Benfica i Rangersami o awans. Z drugiej strony, skoro belgijska prasa po
czwartkowym meczu pisze, ze Standard w dalszym ciagu ma szanse na
wyjscie z grupy, to tym bardziej ma je Lech. Wiem, ze jest to malo
realne, ale w pilce zawsze trzeba wierzyc do konca, nawet jesli szanse
sa niewielkie. Jako kibic polskiej pilki zawsze trzymam kciuki za nasz
futbol, choc zdaje sobie sprawe z tego, ze jest to „Mission Impossible”
i „James Bond” w jednym.

– Kosa, bohater czasow nieSpelnienia.
Pilkarska autobiografia Romana Koseckiego – oprocz tego, ze barwnie
przez niego opowiedziana i swietnie spisana przez Dariusza Farona i
Dariusza Dobka – uderzajaco przedstawia losy pilkarza nalezacego do
pokolenia dla reprezentacji Polski w znacznej mierze zmarnowanego. Tresc
„Kosy” jest niczym material dowodowy dla zwolennikow powyzszej teorii,
do ktorych i ja chetnie sie zaliczam.
Chodzi o pilkarzy urodzonych w polowie lat szescdziesiatych i troche
pozniej – w kazdym razie takich, ktorzy medalowe mundiale w RFN i
Hiszpanii ogladali w telewizji, a sami zadnego mistrzowskiego turnieju
nie przezyli. Nawet na mistrzostwa swiata w Meksyku sie nie zalapali, a
powszechnie wiadomo, ze wlasnie tam rzucil klatwe Zbigniew Boniek przy
lojalnym wsparciu trenera Antoniego Piechniczka. Dotyczyla ona
nadchodzacego zlego czasu dla reprezentacji Polski, ktora na zadne
wielkie pilkarskie imprezy przez dlugie lata nie miala prawa sie
wybierac. Klatwa dzialala do konca wieku, zdjela ja dopiero ekipa
Jerzego Engela, ktora w 2001 roku awansowala na mistrzostwa swiata w
Japonii i Korei. Od tej pory Bialo-Czerwoni byli juz na pieciu innych
mistrzowskich turniejach, w przyszlym roku wybieraja sie na szosty.
Swoim poprzednikom i nastepcom pilkarze z pokolenia Koseckiego moga
tylko zazdroscic, bo ich nie bylo nawet w kadrze olimpijskiej Janusza
Wojcika, co mogloby byc uznane za jakis rodzaj pocieszenia. Nad
generacja Koseckiego zawislo fatum i zadna sila nie byla w stanie go
przedterminowo odwiesic. A zaznaczmy, ze mowimy o utalentowanych
pilkarzach, czasem nawet piekielnie utalentowanych – takich jak Jacek
Ziober, Piotr Nowak czy wlasnie Kosecki.
Ksiazka to zatem nie tylko historia swietnego pilkarza, ktory strzelal
gole dla dobrych klubow w lidze tureckiej, hiszpanskiej i francuskiej i
byl mistrzem USA, ale kronikarski opis fatalizmu przesladujacego
reprezentacje Wojciecha Lazarka, Andrzeja Strejlaua i Henryka Apostela.
Opis wiarygodny, bo zaswiadczony przez waznego uczestnika tamtych zdarzen.
W zwierzeniach Koseckiego jest moment, kiedy sam dostrzega irytujacy
problem w tlumaczeniu braku sukcesow pechem, zlosliwym przypadkiem i
innymi faktami, na ktore Bogu ducha winny pilkarz oczywiscie nie mial
zadnego wplywu. „Wiem, ze w polskiej pilce przez dlugie lata ulubionym
slowem bylo «gdyby» – gdyby nie ten slupek, gdyby nie ta poprzeczka.
Gdyby sedzia sie nie pomylil, gdyby trawa byla rowna” Cale dekady
szukania usprawiedliwien” – przyznaje w pewnym momencie. Koseckiemu
zapewne musialo bardzo zalezec na wyrazeniu tej opinii wlasnie po to, by
pokazac, ze przypadek jego pokolenia – niespelnionego w kadrze narodowej
– jest jednak wyjatkowy. Kosecki ma swiadomosc, ze gdybologia to
ulubiona polska dyscyplina. I choc tez go denerwuje, idzie w podobnym
kierunku. Wcale mu sie zreszta nie dziwie. Druzynie, ktorej byl czescia,
kilka razy naprawde niewiele brakowalo, by tak samo jak poprzednicy
przebic szklany sufit.
***
Na syndrom niespelnienia cierpiala przede wszystkim druzyna Strejlaua –
co z tego, ze prowadzila na wyjezdzie z Holandia i to juz 2:0, co z
tego, ze w dwoch meczach w Polsce dwa razy strzelala na 1:0 Anglii?
Zadnego z tych spotkan nie potrafila wygrac. Za Apostela nie bylo lepiej
– Polacy obejmowali prowadzenie w starciach o bezcenne punkty na
wyjazdach z Rumunia, Francja, Slowacja i tez zadnego z nich nie udalo
sie wygrac. Ten ostatni mecz byl pozegnaniem z kadra Romana Koseckiego,
zreszta w atmosferze skandalu, bo majac juz na koncie zolta kartke,
schodzac na zmiane, zdjal koszulke. Dostal wiec druga kartke, czym
bezsensownie oslabil zespol. Z jego perspektywy wlasnie w tym momencie
fatalizm siegnal zenitu; trudno o bardziej symboliczne zwienczenie tych
nienasyconych dla kadry czasow. Dla Koseckiego malym pocieszeniem w
duzym nieszczesciu byl fakt, ze jesli mial robic za czarownice spalona
na stosie, to zabieg sie nie udal. Jego odejscie nie poprawilo wynikow
reprezentacji, nastepni selekcjonerzy tez – a jakze, pechowo! – tracili
punkty i zaprzepaszczali szanse. Az do wspomnianego Engela.
***
Kosecki oczywiscie szuka tez, w zasadzie tym sie zajmuje w ksiazce
przede wszystkim, racjonalnych odpowiedzi na rytualne pytanie, dlaczego
sie nie udalo. I potrafi stawiac odwazne diagnozy. „Opieka medyczna na
zgrupowaniach kadry lezala i kwiczala. Nie mielismy wlasciwie zadnych
badan. Nawet alkomatem. Mierzono tylko wage i wzrost” – ocenia calkiem
zabawnie, nawiazujac akurat do kadry Apostela.
A w innym miejscu wspomina sensacyjnie przegrany na poczatek eliminacji
ME 1996 mecz z Izraelem (1:2), w ktorym zreszta zdobyl bramke. „Bylem
niesamowicie wkurzony. Frajerska porazka, dziwny sklad, pijani
dziennikarze… „. Ow kamyczek wrzucony do dziennikarskiego ogrodka ma
swoja wage. Kosecki jak przy kratkach konfesjonalu przyznaje, ze podczas
wyprawy do Izraela jednemu calkiem znanemu zurnaliscie osobiscie spuscil
lomot, probujac sie z nim rozliczyc na biezaco, juz w tamtych
reprezentacyjnych czasach.
Kogoz to porywczy Romek obil i dlaczego wlasnie jego? Kto jeszcze nie
wie, rowniez dla zaspokojenia tej wiedzy powinien siegnac po „Kose”.

FORMULA 1
GP Bahrajnu przejdzie do historii F1. Romain Grosjean ulegl powaznemu
wypadkowi, cudem uchodzac z niego zyciem. Kierowcy Racing Point nie
ukonczyli wyscigu po sporych kraksach, a w zawodach zwyciezyl Lewis
Hamilton przed kierowcami Red Bulla.
Jeszcze na pierwszym okrazeniu Grand Prix Bahrajnu doszlo do kraksy, po
ktorej pozostalo tylko miec nadzieje, ze kierowca przezyl. Romain
Grosjean z wielka sila uderzyl w barierke. Samochod doslownie
eksplodowal, pojawila sie kula ognia. Francuz zostal przewieziony do
szpitala. Jest w dobrym stanie. Wypadek wygladal bardzo dramatycznie.
Wielu kierowcow bylo autentycznie wstrzasnietych. Wyscig przerwano na
ponad godzine.
– Romain jedzie do szpitala. Ma sporo oparzen, ale jest przytomny. Nie
rozmawialem z nim. Jest w dobrym stanie. Jesli cos mu sie stalo, dowiemy
sie w szpitalu. Kiedy widzisz cos takiego, to po prostu jest juz tylko
nadzieja, ze zakonczy sie to szczesliwie. Chcialem podziekowac doktorom
i porzadkowym, nie znam ich wszystkich z nazwiska, wykonali swietna
robote i pomogli Romainowi – powiedzial na goraco Guenther Steiner, szef
Haasa.
Nastepnie kierowcy startowali za samochodem bezpieczenstwa. Od poczatku
przewage utrzymywal Lewis Hamitlon, za nim jechal Max Verstappen. Duze
problemy od poczatku mial Valtteri Bottas. Jednak chwile po wznowieniu
wyscigu wydarzyl sie kolejny wypadek. Do gory kolami po starciu z
Daniilem Kwiatem wyladowal Lance Stroll.
Tym razem jednak kierowcy nic sie nie stalo. – Dosc urozmaicony wyscig,
ha! – probowal zartowac Mex Verstappen. Holender chcial jeszcze naciskac
na Hamiltona, ale mial za duza strate. Na trzecim miejscu mial dojechac
Sergio Perez, ale na trzy okrazenia przed koncem jego bolid stanal w
plomieniach i na podium wskoczyl drugi kierowca Red Bulla, Alex Albon.

-W wieku 67 lat zmarl jeden z najwybitniejszych zawodnikow w historii
polskiego zuzla Zenon Plech. Zawodnik podczas swojej kariery zwiazany
byl z dwoma klubami – Stala Gorzow i Wybrzezem Gdansk. Od wielu lat
mieszkal w Trojmiescie.
O tym bardzo smutnym dla srodowiska zuzlowego i calego polskiego sportu
fakcie poinformowalo Wybrzeze Gdansk. Z tym klubem Zenon Plech zwiazany
byl od 1977 roku, najpierw jako zawodnik, a potem pracownik klubu (m.in.
trener). Swoja wspaniala kariere zaczynal w Stali Gorzow, ktorej barwy
reprezentowal w latach 1970-76.
Byl jednym z najwybitniejszych polskich zuzlowcow w historii. Jezdzil
niezwykle efektownie, ale rowniez skutecznie. Wywalczyl az 11 medali
mistrzostw swiata, w tym dwa indywidualnie – srebro w 1979 i braz szesc
lat wczesniej. Ponadto czterokrotnie stawal na podium mistrzostw swiata
par (srebro i trzy brazy) oraz pieciokrotnie druzynowych mistrzostw
swiata (srebro i cztery brazy).
„Super Zenon”, bo taki mial przydomek, pieciokrotnie stawal na
najwyzszym podium indywidualnych mistrzostw Polski (dwukrotnie byl 2.),
po raz pierwszy w wieku zaledwie 19 lat. Tytuly zdobywal na przestrzeni
az 14 lat (1972, 1974, 1979, 1984, 1985), co tylko pokazuje, jak dlugo
utrzymywal bardzo wysoki poziom.
Innych sukcesow bylo mnostwo, nie sposob wyliczyc. Z powodzeniem jezdzil
rowniez w lidze angielskiej.
Z zespolem Wybrzeza wywalczyl m.in. wicemistrzostwo Polski w 1978 oraz
1985 roku. Po zakonczeniu kariery pracowal w Gdanskim klubie w kilku
rolach, m.in. byl menedzerem pierwszej druzyny, ale pracowal rowniez w
minizuzlowej szkolce dla najmlodszych adeptow.
Funkcje trenera pelnil rowniez w Stali Gorzow, WTS Wroclaw czy Polonii
Bydgoszcz, a w 2001 r. poprowadzil kadre Polski w Druzynowym Pucharze
Swiata i zdobyl z nia srebrny medal.
W ostatnich latach zmagal sie z duzymi klopotami zdrowotnymi, glownie z
cukrzyca oraz niewydolnoscia nerek. Zmarl w jednym z gdanskich szpitali
w wieku 67 lat.

Na podstawie: Onet.pl, wyborcza.pl, interia.pl, gazeta.pl, weszlo.com,
90minut.pl, pilkanozna.pl, przegladsportowy.pl, polsatsport.pl
opracowal Reksio.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *