Dzien dobry – tu Polska – poniedziałek, 24 grudnia 2018

DZIEN DOBRY- TU PO
Rok XVI nr 338 (5030) 24 grudnia 2018 r.
B O Z E N A R O D Z E N I E

Drodzy Moi!
W TEN OTO ODSWIETNY CZAS, ZYCZE WAM WSZYSTYKIM ZDROWKA!
BO JAK ZDROWKO BEDZIE, TO I GRZESZEK JAKIS SMAKOWITY MOZE SIE WAM TRAFI! –
Wasz:
Gargamel Rozpustnik
(Jak ten Marcholt: gruby, a sprosny)
abujas12@gmail.com
STRONA INTERNETOWA: http://gazetka-gargamela.eu/

Z GLEBI MARYNARSKIEGO SERCA…
Kochaniutki Gargamelu!
W marynarskiej rzeczywistosci, spedzanie swiat na morzu jest powszechne i
wkalkulowane w zawod.
Chcialbym za Twoim posrednictwem przekazac zyczenia wszelkiej pomyslnosci
wszystkim zalogom statkow,
ze szczegolnym uwzglednieniem floty PZM, z ktora zwiazany bylem przez
prawie trzydziesci lat i w ktorej spotkalem
wielu wspanialych oficerow i czlonkow zalog szeregowych, zycze im aby
poprawa warunkow placowych i pracowych nastapila
jak najszybciej, aczkolwiek swiatelka w tunelu brak, zalogom wszystkich
innych statkow, ktorzy hojnie obdarowuja najbardziej potrzebujacych, czyli
„szczawiki nasze”, „pryszcze” i „pumpersiaki”, niech im los wynagrodzi
dobre serce i zrozumienie potrzeb innego czlowieka.
Zycze czlonkom uprowadzonej i juz odzyskanej z rak porywaczy zalogi statku
Pomerania Sky aby udalo im sie poukladac swoje zycie, co zapewne wspomoze
wigilijna wieczerza w gronie rodziny – oby jak najmniej takich przykrych
zdarzen przytrafialo sie nam marynarzom.
WspomNiec nalezy takze wielu wspanialych ludziach pracujacych na ladzie,
rozumiejacych nasz zawod, dzieki ktorym zyje nam sie latwiej: takim
Grazynkom, Halinkom, Aniom, czy Leszkom, i innym, czy tez Gargemelom,
szczegolne zyczenia sie naleza.
Dziekuje Kubie za jego aktywnosc, oby jego dzialania przyniosly wymierne
efekty.
Gargamelowi za to ze dostarcza nam wiadomosci, za to ze nas czasami
irytuje, niektorych wkurwia, ze daje paliwo dla naszych szarych komorek:
serdeczne Alleluja!
A kolegom, ktorzy hojnie obdarowuja gazetke swoimi tekstami: niech wam
inkaustu w piorach nie zabraknie! Powodzenia.
I w ogole wszystkim: WESOLYCH SWIAT.
Ja wigilie spedze w gronie moich „Vikingow z Manilli”, wg ich scenariusza.
Jesli bylo warto, nie omieszkam opisac.
Serdecznie pozdrawiam
Capt.Dzidek
PS: Cukiereczek na koniec: Droga Aniu, Tobie naleza sie szczegolne slowa
szacunku i zyczenia wielu sil, zebys z tym piernikiem Gargamelem wytrzymala
„do konca swiata, a nawet dluzej”. Caluskow moc!
Kochaniutki Gargamelu
Ty jestes tylko jeden. Jestes Nasz „Chop”..
Slazak ze Lwowa – Warszawiak z Opola.
Ale to wszystko dupa – Ty jestes marynarz, choc osadzony w glebokim
interiorze.
Twoja dobroc jest tak wielka – ze az strach – jak mawia mlodziez.
Mowi sie tez, ze jak sie nie obrocisz to dupa zawsze z tylu, a ja Ci
mowie, ze Ty jak sie nie obrocisz
to masz serce na wierzchu.
I z taka dobrocia, trzeba umiec zyc, i z nia wytrzymywac – a glownie Ania,
bo ona najblizej dobroci lezy,
choc jak podkreslasz: ” zawsze jedno musi od sciany” – no nie latwo 😉
Dlatego My z Toba – a Ty z Nami!
I wspierac bedziemy Anie zeby z Toba wytrzymala…
HA HA HA
Jak zawsze twoj Capt.Dzidek 🙂

„Poeta dla Was pisze wiersz…”
Jakiz piekny, jakiz nowy!
Od Dabrowskiego dla Marynarzy
P R E Z E N T G W I A Z D K O W Y
Wyprobowany Przyjaciel Marynarskiej gazetki, jeden z czolowych polskich
poetow- satyrykow Wojciech Dabrowski, ktory przez caly rok dostarcza nam
zabawy swymi dowcipnymi utworami, tym razem- specjalnie do spiewania w
mesie w miedzynarodowym gronie- przesyla Wam prezent szczegolny: napisal
polskie slowa do dwoch koled- swiatowych hitow „fukcjonujacych” po
angielsku. Coz-kazdy ma takich Prryjaciol na jakich zasluguje…!
Wojtkowi podziekowania- Wam gratulacje!

WHITE CHRISTMAS
Muzyka: Irving Berlin (melodia z filmu Holiday Inn, Oskar, 1942)
Slowa polskie: Wojciech Dabrowski
Dzien, najpiekniejszy dzien w roku,
Czas wigilijny nakryc stol,
W dloniach ojca i matki
Biale oplatki,
Los dziela twoj na pol.

Snieg splywa z bialych oblokow
I wlosy drzewom srebrzy szron,
W nocnej ciszy anielski dzwon
Boza chwale glosi ze wszech stron.
2
Siadz razem z nami o zmroku,
Przy blasku zapalonych swiec.
Niech sie przy nas ogrzeje
Cale Betlejem,
By Majestatu strzec.

Lza ze wzruszenia w twym oku
Jak Betlejemska gwiazda lsni,
Niech w swiateczne szczesliwe dni
To sie spelni, o czym kazdy sni.
3
Noc, najpiekniejsza noc w roku,
Gdy Bog sie w nas odrodzil znow,
Po wieczornej pasterce
Lepsze masz serce
I wiecej cieplych slow.

Niech los przyniesie nam spokoj,
W niebezpieczenstwie bedzie strzegl
Niech zapewni szczesliwy bieg
Naszym dniom XXI wiek.

SWIETA NOC (O HOLY NIGHT)
muzyka: Adolphe Adam, slowa angielskie: J. S. Dwight
Slowa polskie: Wojciech Dabrowski
Zapada noc
Gwiazdami roziskrzona,
Betlejem lsni,
Kiedy sie rodzi Bog.
W Nim wielka Moc
I Dobroc nieskonczona,
Wskazuje ci,
Ktora masz wybrac z drog.

W te swieta noc
Poczujesz serca bicie,
Anielski glos
Z dalekich slychac stron.
Oto nasz Pan,
Nasz Krol i Zbawiciel!
Widzicie? Widzicie?
Wstepuje na tron.

W te swieta noc stal sie cud,
Zszedl dobry Bog miedzy lud,
Zamieszkal tu,
Wyciaga swe ramiona,
Na Niego lud
Czeka od wielu lat.
Dzis Bozy Syn
Dobrocia zlo pokona,
A Jego czyn
Zbawi ten grzeszny swiat.

Ta swieta noc
Odmieni Twoje zycie,
Z dalekich stron
Anielski slychac glos.
Oto nasz Pan,
Nasz Krol i Zbawiciel!
Slyszycie? Slyszycie?
On zmieni nasz los.

„Bo posprzatalam, a matka mi zabrudzi.”
JAK RODZINY „PSUJA” STARUSZKOW NA SWIETA…
– Rodziny wiedza, co zrobic, zeby pacjenta „zepsuc” na swieta – opowiada
pielegniarka Magdalena Sekowska. Oto „wigilijna opowiesc” o „swiatecznych”
dziadkach i babciach.
Kiedy jest najgorzej?
– W swieta. Zwlaszcza jak jest kumulacja. W tym roku bierze pan cztery dni
urlopu i razem z Nowym Rokiem ma dwa tygodnie wakacji. Biura podrozy
wystawiaja dobre oferty, mozna wyjechac do cieplych krajow albo w gory.
Wtedy w szpitalu na internie starzy ludzie zapelniaja wiekszosc lozek.
Pacjent jest przywozony na SOR przez rodzine, oni cos tam mowia
rejestratorce i nagle bach, znikaja. Staruszek zostaje sam w poczekalni. Z
rodzina nie ma kontaktu, a gdy po kilku dniach w koncu ktos odbierze
telefon, to slyszymy: „No, mysmy wyjechali w gory, bo myslelismy, ze
dziadek zostanie u was na dluzej, przeciez zle sie czul”.
Tych chodzacych i siedzacych podrzucaja na SOR. Natomiast, jesli pacjent
jest lezacy, to wzywaja karetke. Karetka przyjezdza, lekarz bada, nic
specjalnego sie nie dzieje, cisnienie w normie, ale rodzina nalega.
„Zabierzcie mame na swieta, bo ja sobie nie poradze”. Narzucaja swoja wole.
I ulegacie?
-Czasem ze strachu. Dzisiaj nad kazdym zawodem medycznym – od lekarza po
salowa – wisi widmo procesu. Jak pan kogos nie przyjmie, a cos sie stanie,
to moze przyjsc pozew. I przychodzi czasem po pieciu latach.
Poza tym rodziny wiedza, co zrobic, zeby pacjenta „zepsuc” na swieta.
Zepsuc?
– Dadza mniej picia, nie podadza leku przez dwa dni. U starszych osob do
odwodnienia dochodzi w ciagu paru godzin. Zwlaszcza jesli jest to pacjent,
ktory nie chodzi, ma odlezyny. Rodziny chca miec pewnosc, ze szpital babcie
czy dziadka przyjmie. Odwodnienie to przyczyna 80 proc. swiatecznych
hospitalizacji.
Moze rodziny nie robia tego specjalnie?
– Moze. Tylko dlaczego to sa stale te same osoby? Jesli co roku rodzina
akurat przed Bozym Narodzeniem przywozi mame w stanie skrajnego
odwodnienia, to ciezko uwierzyc, ze to przypadek. Czasem tlumacza, ze
zapomnieli picia podac w ferworze sprzatania i zakupow.
Objawy odwodnienia?
– Sucha skora, spierzchniete usta, zaburzona swiadomosc, sennosc, pacjent
leje sie przez rece, niskie cisnienie. Karetka musi taka osobe wziac, a SOR
przyjac. Dlugotrwale odwodnienie stanowi zagrozenie dla zycia. Trzeba
pacjenta nawodnic i nie wolno go zostawic w domu. Szczegolnie jesli nie
jestesmy pewni, ze ktos sie nim zaopiekuje
Tak jak da sie starszego czlowieka szybo „zepsuc”, da sie tez dosc szybko
„naprawic”. Drugiego dnia swiat pacjent kwalifikuje sie do wypisu, ale
rodziny nie ma. Wydzwaniamy. Jesli w ogole uda sie z kims polaczyc, to
slyszy sie: „A wie pani, bo myslelismy, ze tata zostanie do Nowego Roku,
wiec zesmy wyjechali. I teraz nas nie ma. To juz niech u was polezy”.
O takich pacjentach lekarze mowia „swiateczny dziadek”, „swiateczna
babcia”. Szpital nawet to kiedys policzyl i wyszlo, ze przed swietami co
roku pojawia sie okolo 20 procent wiecej osob w starszym wieku.
Pani z nimi rozmawia, jak juz leza przez swieta?
Rozmawiam. „A, bo wie pani, corka miala wczasy wykupione i nie wiedzieli,
co ze mna zrobic. Wiec uradzili, ze w swieta porzadnie sie przebadam w
szpitalu”. Czasami sa obrazeni: „Nie mieli dla mnie czasu i mnie do was
podrzucili”.
Rozmawial:
Grzegorz SROCZYNSKI
* Magdalena Sekowska jest pielegniarka i pedagogiem. Przez szesc lat byla
pielegniarka oddzialowa w szpitalu Wolskim, teraz pracuje w prywatnej
sluzbie zdrowia. Wyklada tez na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym
————————
Gargamel: czytajac takie teksty zawsze zastanawiam sie… jakimi rodzicami
byli ci „psuci” i podrzucani staruszkowie, w jakiej atmosferze rosly ich
dzieci, jak byly traktowane i kto im zmarnowal dziecinstwo.Staralem sie do
„konca” troszczyc serdecznie o moich rodzicow, nikomu i nigdy ich nie
„podrzucalem”, ale wspomnienia z dziecinstwa mam …przygnebiajace. Bywalo,
ze jako dziecko… zazdroscilem kolegom Matek! Natomiast moich trzech synow
traktowalem dokladnie na odwrot tego, jak ja bylem w dziecinstwie
traktowany. I to owocuje. M.in. w miniona Wielkanoc, gdy na wiesc o tym, ze
z udarem mozgu wyladowalem w szpitalu, Kuba natychmiast porzucil swiateczny
stol i przylecial z Anglii by „pelnic wachte” przy moim lozku.I pelnil tak
dlugo, az po trzech dobach powrocilem do swiadomosci.Rozpisuje sie o tym,
gdyz moze komus z Czytelnikow przyda sie ta prawda, ze „nic nie dzieje
sie z niczego”

Historia
OSTATNI TAKI ROZEJM
W czasie I wojny propagandzisci walczacych stron zrobili wiele, by zohydzic
wroga. Kiedy jednak rozpoczelo sie Boze Narodzenie, ludzie zamiast strzelac
do siebie, wyszli z okopow i zaczeli obdarowywac sie prezentami.
Podporucznik Artur Pelham Burn z Szostego Regimentu Piechoty Gordon
Highlanders wzial udzial w mszy odprawionej na pasie „ziemi niczyjej”.
„Nasz kapelan czytal modlitwy po angielsku, a pozniej po niemiecku czytal
je chlopak, ktory studiowal ten jezyk. To byl nadzwyczajny widok. Niemcy
stali po jednej stronie, Anglicy po drugiej, oficerowie w srodku, wszyscy z
odkrytymi glowami”.
Spotkania sprzyjaly wymianie upominkow. „Nasze papierosy za ich cygara,
herbata za kawe, konserwy za kielbase. Odznaki i guziki od mundurow
zmienialy wlascicieli. Takze gazety wedrowaly z rak do rak. Niemcy, ktorzy
lepiej znali angielski niz my niemiecki, wprost tarzali sie ze smiechu,
czytajac nasza prase” – pisal jeden z zolnierzy. Kiedy wiec 30 grudnia 1914
r. w londynskiej gazecie „Daily News” ukazal sie artykul „Bratanie sie
miedzy okopami”, przedrukowany nastepnego dnia w amerykanskim „New York
Timesie”, w sztabach armii i gabinetach rzadow walczacych panstw zapanowal
poploch.
Nie wiadomo dokladnie, kto pierwszy wyciagnal reke do wroga, jednak w ciagu
zaledwie kilku godzin „bozonarodzeniowy rozejm” objal 100 tys. zolnierzy po
obu stronach frontu.
Moja kochana Janet – pisal do siostry w Anglii jeden z zolnierzy w grudniu
1914 r. – W wigilijny poranek mielismy piekna pogode, mroz i ostre slonce.
W dzien rozlegaly sie jakies strzaly, ale kiedy zapadl zmrok, nad okopami
zapanowala cisza, jakiej nie bylo od miesiecy. Chwile pozniej dostrzeglem
cos zdumiewajacego. Jak okiem siegnac, niemieckie pozycje mienily sie
setkami swiatelek. Ustawili na linii okopow male choinki, na ktorych
wisialy lampiony ze swieczkami. W czystym, mroznym powietrzu swiecily
naprawde jasno. Chwile pozniej uslyszelismy, jak spiewaja »Stille Nacht«.
Kiedy skonczyli, chlopaki z naszego okopu zaczeli bic brawo i zaintonowali
»The First Noel«. Wtedy Niemcy nagrodzili nas brawami i zaspiewali »O
Tennenbaum«. Odpowiedzielismy im, spiewajac »O come all ye faithfull«, a
wtedy oni zaspiewali te sama kolede po lacinie: »Adeste Fideles«. Nie bylem
w stanie wyobrazic sobie niczego bardziej nieprawdopodobnego, ale okazalo
sie, ze to dopiero poczatek”.
Nastepnego dnia, w Boze Narodzenie 1914 r., na wiekszosci odcinkow frontu
nikt nie wystrzelil, za to wielu niemieckich i brytyjskich zolnierzy
postanowilo wspolnie poszukac cial zabitych kolegow. Sierzant Clement
Barker pisal do brata: „Od Niemcow przyszedl poslaniec i powiedzial, ze
jesli nie bedziemy strzelac, to oni rowniez nie. Wyszlismy z okopow,
znalezlismy 69 poleglych i pochowalismy ich we wspolnej mogile”.
Zwyczaj przerywania walk na czas swiat – Treuga Dei, czyli Rozejm Bozy –
mial dluga historie. W 1027 r. na synodzie biskupow w Toluges ustalono
zasade bezwzglednego zawieszenia broni na czas swiat. W czasie Bozego
Narodzenia rozejm mial obowiazywac od Wigilii do poniedzialku po swiecie
Trzech Kroli. Od czasow sredniowiecza Treuga Dei byl zwykle przestrzegany,
tym bardziej ze i tak starano sie unikac walk zima. Nikt nie wyobrazal
sobie, ze nadejda czasy, kiedy milion zolnierzy wrogich armii bedzie
spedzac swieta w okopach oddalonych od siebie o kilkadziesiat metrow. Co
ciekawe, wiekszosc inicjatyw rozejmu wyszla od jednostek niemieckich.
„Musze ci opowiedziec o najbardziej zabawnych swietach Bozego Narodzenia,
jakie mialem w zyciu” – pisal z Belgii do zony oficer Krolewskich Strzelcow
Westminsterskich. „Wielu naszych spotkalo sie z Niemcami miedzy liniami
okopow. Ja tez wyszedlem po poludniu. Wymienilismy prezenty: dostalem
niemiecka wstazke i fotografie bawarskiego ksiecia. Niemcy z naprzeciwka to
przyzwoici kolesie – Saksonczycy, inteligentni, budzacy szacunek. Mialem
calkiem fajna rozmowe z trzema lub czterema i zapisalem ich nazwiska i
adresy w notesie”.
„Jeden z niemieckich zolnierzy przedstawil sie jako byly kelner z
zachodniej czesci Londynu. W pewnym momencie zapytal: „Jak Fulham radzi
sobie w Pucharze Anglii?” – wspominal R.S.M. Beck z Krolewskiego Regimentu
Warwickshire. „Niemcy bardzo chcieli sie przekonac, czy Anglicy naprawde sa
takimi dobrymi pilkarzami, za jakich sie ich uwaza. Zachecali nas okrzykami
do rozegrania meczu”.
Dlugo nie musieli czekac. W pierwszy i drugi dzien swiat 1914 r. wzdluz
linii frontu miala miejsce seria spotkan, w czasie ktorych za pilka lub jej
namiastka uganialy sie druzyny liczace nawet po 200 zawodnikow. Jeden z
meczow odbyl sie na linii frontu w belgijskim Ploegsteert pomiedzy
druzynami Krolewskiego Regimentu Warwickshire i 134. Pulku Saksonskiego.
Wynik zostal zapisany w dzienniku niemieckiej jednostki. „Anglicy
przyniesli ze swoich okopow futbolowke i rozpoczal sie zaciety mecz” –
zanotowal Kurt Zehmish, dodajac, ze bramki byly zrobione z helmow, a Niemcy
wygrali 3:2.
Opublikowane przez brytyjska prase zdjecia swietujacych zolnierzy wywolaly
w Londynie i Berlinie konsternacje. Oficerowie, ktorzy sie na nich
znalezli, jak kapitan Robert Hamilton, dzieki ktoremu zostal rozegrany mecz
w Ploegsteert, zostali zwolnieni ze sluzby. „Kazdy, kto pozwolil na
nawiazanie kontaktow z Niemcami, zostanie pociagniety do odpowiedzialnosci”
– grozil dowodzacy brytyjska armia marszalek John Denton French,
przypominajac zolnierzom, ze przyjechali na wojne w imieniu krola, by
zabijac wrogow, a nie grac z nimi w pilke lub wymieniac prezenty.
Dowodzacy zdawali sobie sprawe, ze zolnierze nie beda chcieli strzelac do
ludzi, z ktorymi razem spedzili swieta. Wiele jednostek zostalo wiec
przesunietych na inne odcinki, czesc obsadzily nowo przyslane oddzialy.
Jednak to, co wydarzylo sie w Boze Narodzenie 1914 r., bylo dla tworcow
wojennej propagandy sygnalem alarmowym. Dotychczasowe metody, oparte na
przedstawianiu wlasnych racji, nie byly skuteczne. Trzeba bylo siegnac do
najbardziej prymitywnych
Gdy nadchodzilo kolejne wojenne Boze Narodzenie moglo sie wydawac, ze do
powtorki rozejmu nie dojdzie. Tym bardziej ze 22 kwietnia 1915 r., w czasie
drugiej bitwy pod Ypres, niemiecka armia po raz pierwszy w historii uzyla
broni masowego razenia – gazow bojowych. A jednak pod koniec 1915 r.
zolnierze wrogich armii znow skladali sobie zyczenia i wymieniali sie
piwem, papierosami, konserwami, ciastem, guzikami i helmami. Rozegrano tez
kilka meczow. „W Wigilie Niemcy zaspiewali w swoim jezyku stary walijski
hymn »Ar Hyd i Nos« – wspominal Walijczyk Bertie Felstead. – Wybor tej
piesni dowodzil, ze mieli gleboka wiedze o naszej kulturze i zwyczajach.
Krolewscy Walijscy Fizylierzy odpowiedzieli piesnia »Good King Wenceslas«”.
Nawet bezprzykladne w dziejach masakry zolnierzy w bitwach nad Somma i pod
Verdun, gdzie po obydwu stronach zginely dwa miliony ludzi, nie zdolaly
calkowicie zniszczyc Treuga Dei. 25 grudnia 1916 r. pod Vimy Ridge znow
doszlo do bozonarodzeniowego rozejmu pomiedzy Niemcami a Kanadyjczykami. Po
niemieckiej stronie znajdowal sie wowczas 16. Bawarski Rezerwowy Pulk
Piechoty, w ktorego oddzialach lacznosci sluzyl 27-letni kapral Adolf
Hitler. Nie przylaczyl sie do swietujacych, a w pamietniku zanotowal z
oburzeniem: „Takie rzeczy w czasie wojny nigdy nie powinny sie wydarzyc!
Czy Niemcy calkowicie stracili juz poczucie honoru?”. Byl to jednak ostatni
przypadek Treuga Dei na froncie I wojny.
Andrzej FEDOROWICZ

„MOJ KONSTANTY”
To bylo w czerwcu 1950 roku, niecierpliwie odliczalem dni do wakacji i
czekajacego na mnie ostatniego roku nauki w 11 klasie I Liceum
Ogolnoksztalcacego im. J. Dlugosza w Nowym Saczu.
Ktoregos dnia z wiszacego na scianie glosnika radiowego, zwanego wowczas
popularnie „kolchoznikiem” dowiedzialem sie m.in. o obradujacym w Warszawie
Zjezdzie Literatow. Dalszego przebiegu obrad chyba nie sledzilem z uwaga,
nie sluchalem tez zapewne oskarzycielskiego wystapienia Adama Wazyka,
potepiajacego niesluszny wydzwiek poezji K.I. Galczynskiego, na przykladzie
jego wiersza „Slubne obraczki”.
Juz na pierwszej lekcji , we wrzesniu nowy polonista mgr Antoni Sitek
wylozyl swoim uczniom takie oto credo: „Sluchajcie i zapamietajcie na
zawsze, ze najwiekszym polskim poeta jest i bedzie Konstant Ildefons
Galczynski, a nie jak wam na pewno dotychczas mowiono, Adam Mickiewicz,
Juliusz Slowacki czy ten „bawidamek” hrabia Zygmunt Krasinski. Ja wam to
udowodnie!”
Nie omieszkalem natychmiast pochwalic sie Profesorowi tym, ze na wlasne
oczy widzialem K. I. Galczynskiego w Teatrzyku „Siedem kotow”, w sali
balowej Kasyna Oficerskiego przy ulicy Zyblikiewicza w Krakowie. Poeta
powoli wchodzil na estrade z rekami w kieszeniach, w mocno sfatygowanych
spodniach i recytowal swoje wiersze nieco chaotycznie, z przerwami.
Nie musze chyba dodawac, ze ta moja krotka wypowiedz zrobila duze wrazenie
na Profesorze i moich kolegach. Wkrotce sie okazalo, ze bylem jedynym,
nawet w calym Liceum, ktory widzial i sluchal „na zywo” K. I. Galczynskiego!
Systematyczne wprowadzanie nas w zaczarowany swiat Jego poezji, zaowocowalo
powstaniem szkolnego „kolka milosnikow poezji K. I. Galczynskiego” i
spontanicznym prezentowaniem, w amatorskim wykonaniu kilku spektakli
„Teatrzyku Zielona Ges”.
Wiesc o tym wydarzeniu dotarla nie tylko do kolezanek i kolegow z
pozostalych klas i szkol, ale takze do Komitetu Powiatowego PZPR.
Instruktor ds. kultury zaprosil Profesora A. Sitka na oficjalna „rozmowe”:
„Co wy tu, towarzyszu Sitek wyskakujecie z tym Galczynskim i z ta jego
zielona gesia? Wy chyba uczycie w liceum ogolnoksztalcacym, a nie w szkole
rolniczo-hodowlanej?- zazartowal towarzysz instruktor. „Zapraszam do nas na
probe teatrzyku, posluchacie, zobaczycie – odpowiedzial na ten „zart”
Profesor.
Pamietam „probowalismy” wtedy spektakl „Xiaze Jozef Poniatowski ze stemplem
1946”, w ktorym chor Nowych Polakow deklaruje:
Pracowac trzeba jak cholera.
Czysmy to jacy tacy?
Wiecej Osmanczyka, mniej Grottgera!
i wszystko bedzie cacy.
To bardzo latwo jest umierac,
zyc trudniej – rzekl Horacy.
„Xiaze” Poniatowski reaguje natychmiast slowami „Bog mi powierzyl honor
Polakow (zamierza rzucic sie do rzeki Elstery, ale zmienia zdanie). Dla
honoru bede pracowal (zrzuca z siebie mundur, przebiera sie w cywilne lachy
i przenosi sie na Ziemie Odzyskane).
„No wiecie, zareagowal instruktor, to jest prawidlowa wymowa, mozecie
wystawiac takie kawalki!”.
Po zdaniu matury nie dostalem sie na wymarzone studia dziennikarskie „z
powodu braku miejsc”, zrobilem to „na raty” studiujac najpierw (na
szczescie tylko jeden semestr) na wydziale prawa Uniwersytetu
Jagiellonskiego w Krakowie.
Wydawac by sie moglo, ze w tak zdecydowanie odleglym od poezji miejscu nie
spotkam sie z tworczoscia K. I. Galczynskiego. A tymczasem” tematem jednego
z pisemnych zaliczen z „logiki (wykladowca Prof. Wladyslaw Wolter) bylo:
„Udowodnij, czy nastepujace stwierdzenie jest logiczne:
„Jesli ogorek nie spiewa
i to o zadnej porze
to widac z woli nieba
prawdopodobnie nie moze”.
O ile dobrze zapamietalem poprawna odpowiedz byla/brzmiala: „Tak”.
W kolejnych latach studiow juz w Warszawie na Wydziale Dziennikarskim UW
kolezanki i koledzy, entuzjasci tworczosci K.I. Galczynskiego, pod wodza
juz wtedy „dobrze sie zapowiadajacej mlodej poetki Agnieszki Osieckiej, w
Jej domu na Saskiej Kepie zalozylismy teatrzyk „Zielona Ges”. W odroznieniu
od „mojego” szkolnego teatrzyku dzialajacego w mrocznym okresie „poznego
Stalina” w Nowym Saczu, w Warszawie w piec lat pozniej czuc juz bylo
zblizanie sie odwilzy i Pazdziernika 1956 i teksty z „Zielonej Gesi” nie
zasiewaly juz ziaren watpliwosci i nie budzily zadnych zastrzezen. Zasob
zapamietanych z lat szkolnych tekstow stale sie wiec powiekszal. Niektore
utwory poetyckie odgrywaly, przynajmniej w moim i moich najblizszych, zyciu
terapeutyczna role. Nie bylo chyba lepszego „srodka uspokajajacego” w
okresie tzw. „przejsciowych niedoborow w zaopatrzeniu rynku zywnosciowego”
na przyklad przed Wielkanoca, jak przypominanie strof „Strasznej ballady
wielkanocnej o zatopionej szynce”:
„Stoi facet na moscie
z szynka pieciokilowa,
o balustrade oparl sie
i smutno kiwa glowa,
jesien idzie i zima,
a facet szynke trzyma
” Nagle, rany koguta!
Ach, co ty robisz, co ty?
Guslarz w zoltych polbutach
szynke wrzuca do wody,
nawet rybitwy kwila:
szynka przeszlo piec kilo.
Coz za glupi patalach
tych przyslow tworza kosze!
U rzeznika wisiala,
a zatonela, prosze.
Wieloma zapamietanymi do dzis wierszami K. I. Galczynskiego „katowalem”
systematycznie moja wnuczke Julke, budzac w niej coraz wieksze
zaciekawienie, ale i niepewnosc: „Kiedy sie tego wszystkiego nauczyles? –
„W szkole, moja droga, prawie 40 lat temu” – „To niemozliwe dziadku, tak
dlugo sie nie pamieta!”.
Najbardziej Julce podobal sie wiersz „O wrobelku”:
Wrobelek jest mala ptaszyna,
wrobelek istotka niewielka
on brzydka stonoge pochlania
lecz nikt nie popiera wrobelka
Wiec wolam: Czyz nikt nie pamieta,
ze wrobelek jest druh nasz szczery?!
Kochajcie wrobelka, dziewczeta
Kochajcie, do jasnej cholery!
Kiedy, bodajze w IV klasie, nauczycielka jezyka polskiego zorganizowala
konkurs recytatorski i poprosila uczennice o zaproponowanie swojego
ulubionego wiersza, Julka zglosila sie pierwsza: „bede mowila moj i dziadka
ulubiony wiersz „O wrobelku”!
„Ten wiersz, Julka, nie nadaje sie do tego konkursu – zawyrokowala
nauczycielka.
Kiedy, po latach moj wnuk Jacek osiagnal wiek dojrzaly i stanal przed
dylematem: jaka dalsza droge zyciowa obrac, zadal mi egzystencjonalne
pytanie: Powiedz mi, co to jest zycie?
Jedyna moja odpowiedzia bylo zacytowanie (byc moze nieprecyzyjnie)
kapitalnej diagnozy K. I. Galczynskiego:
” Powiedzmy, ze juz wszystko mam
Mieszkanko idealne, fotel a wsrod
Zlotych ram Jagiello pod Grunwaldem
I patrze sobie w ksiazke PKO
I slucham jak milion spiewa
I nagle burza, deszcz, wiatr i grom
I wszystko woda zalewa
I fotel plynie obok mistrza Jana
I to jest wlasnie zycie, zycie prosze Pani.
Sam zas, w mocno juz dojrzalym wieku zagubiony w coraz bardziej zwariowanym
otaczajacym mnie swiecie, znajduje na co dzien lepsza, bardziej przystajaca
do mojej kondycji psychicznej „wykladnie” Mistrza Ildefonsa Konstantego:
„Zycie jest jak knajpa o swicie,
wodki juz nie daja, a wszyscy pijani”.
Wladyslaw SOBECKI
Emerytowany dziennikarz, stypendysta ZUS-u
—————–
A ja do tych Wladkowych cytatow Galczynskiego, dodam jeszcze poczatek
„Satyry na Boza Krowke”, ktory zawsze cisnie na moja pamiec na widok
starej, wrednej, dokuczajacej wszystkim sasiadki. Pytanie:
„Po cholere toto zyje?”

SPORTU BLASKI, SPORTU TROSKI
-a wiec Boski Lewandowski
C H I C H O T K I
Nawet na starosc czlowiek podlega komenderowaniu. Chcialem pozachwycac sie
skoczkami na nartach oraz poklocic z tymi, ktorzy gaworza, ze to nisza
sportu i nasze podniecanie sie tchnie prowincjonalizmem, ale temat musze
odlozyc.
Ci, ktorzy moje wpisy upowszechniaja, dali znac, ze” zycza sobie ”
Chichotek”. Bo swieta, bo spraw powaznych tyle na glowach, ktore pekaja ze
strachu przed podwyzkami; bo karp, pierogi itp., wiec wypada to podkreslic
usmiechem slownym, a nie jakas tam „publicystyka”. Pan kaze- sluga musi,
jako tzw., wklad spoleczny”
X Zaczynam od Wyscigu Pokoju. Tego, ktorzy rozami wymoscil naszemu
kolarstwu droge do slawy i” wprowadzil okreslenia obowiazujace do dzis.
Peleton” Baliczek- paczka zywnosciowa na droge. Czasowka- indywidualne
zmaganie ze stoperem”- oba z czeskiego, jakies „poreczne”, gdy np. Anglik
prosi kelnera o baliczek, zas Francuz dyktuje styl czasowki np. w Vuelcie”
Wiecej- dla mnie wciaz „spanielski ptaczek” z Pragi jakos znaczy wiecej niz
nasz „zraz zawijany”” Mimo, ze uwielbiam.
X Pamiec zachowala wiele obrazkow. Wsrod nich ten z Kijowa. Kolo ktorego
dymil Czarnobyl, a strach swiata przed skutkami kataklizmu byl
przerazajacy. A co dopiero w kolarskim swiatku, ktory TAM zjechal, by
zaczac impreze. Bezsensownie, bo byly pomysly innej reakcji, ale”
Wielu spasowalo, sedziowie tez woleli zostac w domu, nawet glownego
mianowano awaryjnie. Balo sie i dziennikarskie grono, strach czasem
gluszac” znanymi sposobami.
Zeby polac troche oliwy na fale, ja ( tzw. wspoldyrektor, jeden z kilku)
zazadalem zbadania mojej osoby. Czyms tam mnie sprawdzali” Do dzis mam
zaswiadczenie, ktore nawet w Miedzynarodowej Federacji stalo sie sensacja
Taki to a taki, obywatel polski – ” prakticzeski zdarow”. I pieczec wielka,
jak trzeba”
X Jednym z najwazniejszych zadan przed startem jest ustalenie listy
startowej. Numery, po ktorych bedzie sie poznawac kolarzy, imiona,
nazwiska” Takie zadanie raz przypadlo Wojtkowi. Przekazal do firmy, a po
chwili telefon-do mnie: Mongolowie sa bez imion. Ja do Wojtka, a on:
„Szefie, bo w Mongolii nie ma imion, same nazwiska”” Szybko okazalo sie, ze
maja tez imiona”
X Mielismy przygode. Wlasciwie dwie. Na Okeciu, wracajac z Kijowa
fantazyjnie ladujacy pilot, juz podczas kolowania statecznikiem o cos
zawadzil. Gorzej bylo, gdy „Wyscig lecial” z Pragi do Moskwy. Wielka
maszyna wpadla w jakas potworna dziure w powietrzu i przez pewien czas nie
chciala sluchac zalogi. Bagaz polecial. nieco uszkodzil czyjas glowe, ale
czlowiek-pilot szybko pokonal przeszkode”
No, emocje byly” Okazuje sie, ze ” nie dla kazdego. Opowiadam potem
pilotowi, gen. Wladyslawowi Hermaszewskiemu ( starszy brat kosmonauty), a
on opowiesc przyjmuje ” miedzy kanapkami”. ” Ale przeciez skrzydla nie
odeszly; takie dziury sie zdarzaja”. Fakt- nie odeszly. Steward nawet sie
specjalnie nie wystraszyl, a akurat podawali posilek” ” Nu, i wsio:
Pozbieral noze i widelce””
X Beda dwa odskoki -do boksu
Pierwszy- bardziej prywatny. Kiedys spotykalismy sie imieninowo. Od kolegi
„Gargamela” dostalem butelczyne. Na etykiecie- informacja, ze to przedni
koniak made in France.
Polalem. Jeden gosc wypil i zrecenzowal: ” Jednak, co francuskie, to
francuskie.” Doktor Jurek, wspanialy chirurg i znany w swiecie wielkiego
boksu dzialacz tez skosztowal. „Bieszczady, dobra robota, bardzo dobra””
Wciaz TO pamietam. Jak bogate kanapki, ktore Jurek przynosil podczas
igrzysk zglodnialym zurnalistom. Oni ” na dietach”, ON – w restauracji
wioski olimpijskiej. Kazdy- co chce, i ile chce. Pewna reka, swietna glowa,
zlote serce”
X Feliks Stamm byl takze wzorcem poczucia humoru. Do tego swietnie
opowiadal anegdoty zargonem, ktory tak wspaniale nasladowali panowie
Dziewonski, Brusikiewicz, Kobuszewski” ” Lubartow czysta czydziesci czy””
Podobno w Cetniewie Papa Falo chetnie zaczynal dzien takim dialogiem z
Pawlem Szydla, swoim pierwszym pomagierem”
” Pawel, po yle dzisiaj?
” Po jedenaszcze””
” Pawel-a co po jedenaszcze?”
” A co Felu- po yle?…
DALEJ:
X Kiedys, u zawodowego schylku, a przelozeni chcieli „oszczedzic etat”
spolecznie doradzalem Stefanowi Paszczykowi, wtedy szefowi sportowej
administracji. Cos tam ” z siebie” zostawilismy z Marianem Woroninem i
Danusia Straszynska” Ze dwa razy zdarzylo sie, ze z racji funkcji zostalem
zaproszony ” na sledzika, a moze na jajeczko”” na Prage, do gospodarzy w
sutannach. Bylo bardzo, bardzo milo, a stol jakby ” malo-postny”. Troche
sie zdziwilem i cichcem zadalem pytanie o zgodnosc z doktryna. Uslyszalem
cos tego- ze kazda regula musi miec wyjatki, inaczej by byla martwa”
xxx
Przypadlo mi to- wyznam- do gustu. I tym sladem podazajac zycze WSZYSTKIM –
UDANYCH SWIAT!
Tym, ktorych lubie oraz szanuje – z tysiacprocentowym przekonaniem. Tym,
ktorzy mnie wkurzaja- na zasadzie wyjatku od reguly, i w nadziei, ze jednak
zmadrzeja! Wiem, nadzieja matka i tak dalej”
Andrzej LEWANDOWSKI
Z ostatniej chwili (Autor doslal mi dodatkowo):
CHICHOTKI wypada ” uwspolczesnic” Kilka dni temu Aleksander Kwasniewski,
wspominajac seulskie Igrzyska 1988 opowiadal, jak to m.in., kibicowal
Andrzejowi Golocie. Ciekawsza byla dalsza czesc- juz prezydencka”
” Spotkalem Pana Golote w nowojorskim konsulacie. Wspominamy, gadamy.
Pytam- jak to bylo w walce z Bowe. Ladna, wyrazne prowadzenie. Co sie
stalo, skad ten dyskwalifikujacy cios ponizej pasa? Dlaczego? I dostaje
odpowiedz: – Bo on mnie wkurwil, Panie Prezydencie! Czym, jak- juz nie
pytalem””
(Dzien dobry -tu Polska” oprac. na podstawie „Gazety Wyborczej”, „Przegladu
Sportowego”, „Rzeczpospolitej”,
„Polityki”,”Newsweeka” TVN24 i OnetPl) LSKA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *