Dzien dobry – tu Polska – niedziela, 27 października 2019

DZIEN DOBRY – TU POLSKA
SPORTOWY WEEKEND
Rok XVI nr 288 (5217) 27 pazdziernika 2019 r.
abujas12@gmail.com
http://www.smerfnyfunduszgargamela.witryna.info/
http://www.portalmorski.pl/crewing/index.php?id=wiadomosci

PILKA NOZNA
EKSTRKLASA
12 KOLEJKA
Rakow Czestochowa-Slask Wroclaw 1-0
13 KOLEJKA
Cracovia-Pogon Szczecin 2-0
Lech Poznan-Zaglebie Lubin 1-2
Lechia Gdansk-Gornik Zabrze 1-1
LKS Lodz-Rakow Czestochowa 2-0
Piast Gliwice-Korona Kielce 1-0
Wisla Plock-Jagiellonia Bialystok 3-1
Slask Wroclaw-Arka Gdynia 2-1
Legia Warszawa-Wisla Krakow 7-0
1.Wisla Plock 25pkt
2.Piast 24pkt
3.Pogon 24pkt
4.Legia 23pkt
5.Cracovia 23pkt
6.Lechia 21pkt
7.Slask 21pkt
8.Jagiellonia 20pkt
9.Lech 18pkt
10.Zaglebie Lubin 18pkt
11.Gornik 15pkt
12.Rakow 15pkt
13.LKS Lodz 11pkt
14.Wisla Krakow 11pkt
15.Arka 10pkt
16.Korona 8pkt
-Pilkarze Lechii Gdansk po raz kolejny mieli kontrole nad meczem, mieli
dobry wynik, ale nie potrafili dobic rywala i zaplacili za to strata
punktow. Spotkanie z Gornikiem Zabrze zakonczylo sie remisem 1:1.
To byl mecz zespolow, ktorym w ostatnim czasie wiedzie sie
niespecjalnie. Lechia po dobrym okresie zlapala zadyszke (tylko punkt w
dwoch meczach), a Gornik na zwyciestwo czekal juz od szesciu meczow i
ponad dwoch miesiecy (25 sierpnia wygrana 3:0 z Korona Kielce).
Poczatkowo te niemoc bylo widac na boisko. Oba zespoly z wielkim mozolem
budowaly swoje akcje, ale zazwyczaj zalamywaly sie one daleko od bramek.
U pilkarzy Lechii razila niedokladnosc i to we wszystkich mozliwych
elementach – w podaniach, dosrodkowaniach i strzalach. Najwieksza ochote
do gry przejawial Lukas Haraslin, ktory czesto probowal indywidualnych
przebojow, nie tylko skrzydlem, ale takze schodzac do srodka.
Aktywny byl rowniez Slawomir Peszko, ktory zmarnowal najlepsza sytuacje
przed przerwa. Po strzale Filipa Mladenovica pilka odbila sie od jednego
z obroncow i trafila do stojacego kilka metrow przed bramka skrzydlowego
Lechii. Jednak ten nieporadnie zlozyl sie do uderzenia i poslal pilke
wysoko nad poprzeczka.
Ataki gospodarzy staral sie napedzac Rafal Wolski (dopiero drugi w tym
sezonie mecz w podstawowym skladzie, w porownaniu z derbowym spotkaniem
z Arka Gdynia zastapil Flavio Paixao), ktory kilka razy
niekonwencjonalnym zagraniem zlamal schemat akcji, jednak z drugiej
strony momentami widoczny byl brak zrozumienia z kolegami z zespolu.
Przewaga Lechii rosla z kazda chwila (z przerwa na pirotechniczne
„popisy” kibicow Lechii, ktorzy odpalajac kilkadziesiat rac, zadymili
stadion, i mecz musial byc przerwany na kilka minut), jednak przed
przerwa to goscie mieli najlepsza sytuacje. Po prostopadlym podaniu
Juana Bauzy w sytuacji sam na sam znalazl sie Igor Angulo. Kapitan
Gornika w takich sytuacjach zazwyczaj sie nie myli, jednak tym razem
strzelil bardzo zle i nawet nie trafil w bramke.
W drugiej polowie obraz gry nie ulegl zmianie. Atakowala Lechia glownie
napedzana przez Wolskiego (ze srodka) i Haraslina (z lewego skrzydla). W
51. min ten pierwszy wykorzystal fatalne zagranie Przemyslawa
Wisniewskiego i popedzil na spotkanie z bramkarzem Gornika. Blad kolegi
z obrony probowal naprawic Pawel Bochniewicz, ale skonczylo sie to
faulem w polu karnym. Ewidentna „jedenastka”, ktora na gola zamienil
najskuteczniejszy w tym sezonie pilkarz Lechii Artur Sobiech (szoste
trafienie).
A potem polowanie na bramke zaczal Haraslin. Slowak gral tylez
efektownie co samolubnie, kilka razy zamiast podawac do lepiej
ustawionych kolegow, wdawal sie w dryblingi. Zazwyczaj udane, co z tego,
skoro brakowalo precyzji przy strzalach. Szczegolnie po swietnym podaniu
Macieja Gajosa, kiedy majac przed soba tylko Martina Chudego, uderzyl
prosto w bramkarza Gornika. Biorac pod uwage, jak zakonczyl sie mecz,
Slowaka spokojnie mozna nazwac jego antybohaterem.
Kare za brak skutecznosci wymierzyl Jesus Jimenez. Swietne sytuacje mial
dwie – najpierw poszedl w slady starszego rodaka i strzelil obok slupka,
jednak kilka minut pozniej juz sie nie pomylil. Gol dla Gornika zupelnie
nieoddajacy boiskowej sytuacji, ale tak brutalna potrafi byc pilka…
Gdanski zespol rzucil sie jeszcze do atakow, dobra sytuacje mial m.in.
wprowadzony na boisko Flavio Paixao, probowal tez Gornik. Ostatecznie
wynik juz sie nie zmienil.
Lechia ponownie zaplacila zatem za brak umiejetnosci dobicia rywala i na
wlasne zyczenie stracila kolejne punkty. W tym sezonie na swoim
stadionie w siedmiu meczach odniosla tylko dwa zwyciestwa, czterokrotnie
remisowala i raz przegrala. Zdecydowanie nie jest to bilans zespolu,
ktory chce bic sie o najwyzsze laury w Ekstraklasie.

-Pilkarze Pogoni Szczecin przegrali pierwszy wyjazdowy mecz w tym
sezonie. Po slabym spotkaniu ulegli Cracovii 0:2 i po 13. kolejce moga
stracic pierwsze miejsce w tabeli Ekstraklasy.
– Wszystkie nadchodzace mecze to spotkania na szczycie. Gramy z
zespolami, ktore walcza o najwyzsze cele – przypominal przed pierwszym
gwizdkiem trener portowcow Kosta Runjaic.
Jego swietnie grajaca na wyjazdach Pogon przyjechala do Krakowa, zeby
zmierzyc sie z miejscowa Cracovia. Piata druzyna tabeli Ekstraklasy,
ktora od poczatku sezonu jest w dobrej dyspozycji. Starcie zespolu spod
Wawelu z aktualnym liderem ligowej stawki zwiastowalo duze emocje, ale
pierwsza polowa rozczarowala.
Co prawda zaczela sie calkiem niezle, poniewaz obie druzyny stworzyly
sobie po dobrej okazji do strzelenia bramki, ale im dluzej trwal mecz,
tym kibice przed telewizorami oraz na trybunach coraz czesciej ziewali.
Gra przeniosla sie do srodka pola, doszlo do kilku ostrych starc i
sedzia musial temperowac zapedy zawodnikow zoltymi kartkami.
W samej koncowce pierwszej czesci meczu Pogon mogla jednak w swoim stylu
wyjsc na prowadzenie. Nieco uspiony rywal nie spodziewal sie szybkiego
kontrataku, ktory strzalem w slupek zwienczyl Srdjan Spiridonovic.
W drugiej polowie Cracovia zdala sobie sprawe, ze nie moze dluzej igrac
z losem, ktory w ostatnich tygodniach z reguly sprzyjal szczecinianom,
dlatego ruszyla do ataku. Na efekty nie trzeba bylo dlugo czekac,
poniewaz w 58. minucie gospodarze madrze wykonali rzut wolny, a pilke do
siatki strzalem glowa skierowal byly zawodnik Pogoni Cornel Rapa.
Ale to byl dopiero poczatek problemow portowcow, ktorzy nie podniesli
sie po ciosie dawnego kolegi z szatni. W 70. minucie krakowianie
„rozklepali” Pogon przed polem karnym, pod poprzeczke huknal Rafael
Lopes i kibice pod Wawelem wiedzieli, ze Cracovia juz nie wypusci z rak
(z nog?) tego zwyciestwa.
Chwile potem druga zolta kartke zobaczyl Jakub Bartkowski i mozna bylo
oglosic, ze szczecinianie rzucili recznik. Cracovia bez problemu
dowiozla korzystny wynik do konca i zasluzenie wygrala z Pogonia.

-Slask po dwoch miesiacach wreszcie wygral. Pilkarze z Gdyni mu w tym
nie przeszkadzali.
Na poczatku bylo troche jak w slynnym skeczu Monty Pythona, w ktorym
podczas wojny wojska alianckie wymyslily dowcip wywolujacy skutek tak
potezny, ze sluchajacy go wrog umieral ze smiechu. Arka najwyrazniej
chciala podobnie potraktowac Slask, bo jej gra tez byla niecodziennym
zartem.
Tyle ze wroclawianie okazali sie zolnierzami pozbawionymi elementarnego
poczucia humoru. Nie dali sie nabrac. No wiec gdy Michal Nalepa
komicznie sie poslizgnal, przez co z pozoru rozsadne zagranie Pavelsa
Šteinborsa stalo sie skandalicznym podaniem do Lukasza Labojki, pilka
trafila do Michala Chrapka a ten ze smiertelna powaga po rykoszecie
wpakowal ja do siatki. Reakcji Arki na te sytuacje nie bylo. Nadal
straszyla wisielczym humorem, nadal jezdzila po rzeczywiscie sliskiej
murawie, nadal tylko udawala ligowa druzyne i az dziwne, ze Slask nie
zdolal szybko jej ugodzic drugi, trzeci i czwarty raz.
Przez pierwsze pol godziny arkowcy jakby chcieli bezczelnie zakpic sobie
z wlasnego trenera, ktory przeciez efektownie zapowiadal, ze jego Arka
ma grac agresywnie, narzucac przeciwnikowi swoj styl, blyskawicznie
organizowac sie po stracie piki i jej przechwycie. Tymczasem jego
pilkarze wszystko robili na odwrot, nawet nie probowali przedostac sie
pod bramke rywala, byli przedziwnie sparalizowani. Dopiero w ostatnim
kwadransie przed przerwa zaczeli przejawiac oznaki jako takiej druzyny.
Pewnie dlatego, ze kontynuacja niemalze parodii profesjonalnego futbolu
byla trudna juz do wyobrazenia. Gdynianie katem oka musieli dostrzegac
przy linii bocznej coraz bardziej poirytowanego szkoleniowca i wreszcie
choc czastka jego temperamentu musiala sie im udzielic.
W takich sytuacjach slabo grajacy pilkarze lubia siegac po wyswiechtana
formulke, ze w przerwie meczu musieli sobie powiedziec kilka mocnych
slow, ale w tym przypadku rzeczywiscie bylo to konieczne. Goscie na
druga polowe wyszli z postanowieniem poprawy. Na pewno pamietali, ze
tydzien wczesniej w derbach Trojmiasta potrafili odrobic nawet
dwubramkowa strate. Jezeli wiare pokladali w takiej analogii, to prosze
bardzo: szybko zrobilo sie 0:2. Znowu kardynalny blad przy wyprowadzaniu
pilki, tym razem zblaznil sie niecelnie podajacy Marko Vejinovic i za
chwilke wracajacy po meczu z Rakowem do podstawowego skladu Erik
Exposito z latwoscia zdobyl piata bramke w sezonie. I jak tu nie wierzyc
w przesady – do tej pory na mecze Slaska dwa razy wybierala sie z Czech
starsza corka drugiego trenera Zdenka Svobody i wtedy bramke zdobywal
hiszpanski napastnik. W niedziele Franti�Aka byla na meczu po raz trzeci.
W koncowce wreszcie zrobilo sie ciekawie, bo po przypadkowej rece
Przemyslawa Plachety Arka strzelila z karnego gola na 1:2. Powtorki z
trojmiejskich derbow jednak nie bylo, cud z Gdyni sie nie powtorzyl.
Slask wreszcie sie przelamal. A problem Arki na pewno nie jest mniejszy
niz wtedy, gdy Aleksandar Rogicz optymizmem rozpoczynal prace w Gdyni.

-Wichniarek: Musimy odwazniej postawic na mlodziez [FELIETON]
Jesli jednak kluby beda miec odwage, obiora sciezke rozwoju wlasnej
mlodziezy to moze cos sie zmieni. Bo patrzac na mecz Slavia – Barcelona
zal czlowiekowi, ze nie ma takich widowisk w Warszawie, Poznaniu czy
Gdansku – pisze Artur Wichniarek w felietonie dla „Przegladu Sportowego”.
Ostatnio komentowalem mecz Slavii Praga z Barcelona. Druzyna gospodarzy
mimo porazki pokazala sie z bardzo dobrej strony. Niestety, ale na
dzisiaj zaden polski zespol nie bylby w stanie tak zagrac z tak
renomowanym przeciwnikiem.
Oczywiscie wiele osob powie, ze Slavia to czeski klub, ale stoi za nim
bardzo bogaty wlasciciel z Chin. To prawda, ale nie przeprowadza
wielkich transferow, poza jednym zawodnikiem, Nicolae Stanciu, na
ktorego klub z Pragi przed sezonem wydal cztery miliony euro. Srodki
finansowe na ten transfer pozyskano z wystepu w poprzednim sezonie w
europejskich pucharach. Szkoda, ze polskie kluby nie graja regularnie w
rozgrywkach pucharowych, to moglby byc dla nich swietny zastrzyk finansowy.
Sukces zespoly z Pragi nie jest przypadkowy. W srodowym „Przegladzie
Sportowym” przeczytalem bardzo ciekawy wywiad z jednym z autorow sukcesu
czyli dyrektorem sportowym tego klubu Janem Nezmarem. Wraz z trenerem
Jindrichem Trpi�Aovskym przybyli ze Slovana Liberec. Na 22 zgloszonych
zawodnikow do Ligi Mistrzow, 22 to Czesi. Wedlug Nezmara najwazniejsze
nie sa drogie gwiazdy, ale druzyna i atmosfera w niej panujaca.
Rywalizujac z najlepszymi klubami, na pewno nie mozna ich zaskoczyc
pilkarskimi umiejetnosciami, ale mozna zrobic to np. zaangazowaniem i
motywacja, ktora moze czynic cuda. I taki cud stal sie prawie faktem w
srodowy wieczor. Slavia byla zespolem lepszym od podopiecznych Valverde,
ale przegrala pechowo 1:2.
Nezmar dziwi sie, ze polskie kluby sa w stanie placic takie pieniadze
zawodnikom. Klubow ligi czeskiej nie stac na takie apanaze, ale jak
pokazuje pilkarska rzeczywistosc to one, a nie my gramy w Lidze Mistrzow
czy Lidze Europy.
Pikarzy w ESA nie do konca motywuje mozliwosc zarabiania nieco wiekszych
pieniedzy na Zachodzie, gdyz znaja swoje ulomnosci, ktorych czasami nie
potrafia dostrzec nasi dzialacze i trenerzy. Ci uznani zawodnicy, te
pseudogwiazdy, sa u nas bardzo szczesliwi i widac u wielu z nich brak
motywacji, by stac sie coraz lepszymi, wygrywac za wszelka cene i
walczyc o wyjazd za granice. Przeciez umowy mozna konstruowac inaczej,
tak by np. 70 procent calego kontraktu stanowily premie za osiagane wyniki.
I to wszystko robi lepiej Slavia Praga, ktora jest przykladem, jak
zbudowac w cztery lata (w 2015 r. klub byl krok od bankructwa) zespol
prawie wylacznie z czeskich pilkarzy, ktory gra jak rowny z rownym z
Barcelona.
***
W srode bede komentowac spotkanie Widzew – Legia. Niedawno mialem okazje
obejrzec powtorke swojego meczu w barwach lodzkiego Widzewa z Legia w
1999 roku. Wtedy w skladzie mojego zespolu byli sami Polacy i Andrzej
Michalczuk, ktory wowczas jeszcze nie mial naszego obywatelstwa, ale
czul sie bardziej Polakiem niz Ukraincem. W Legii tez wystepowali
jedynie polscy pilkarze. Przypomne, ze kilka lat wczesniej, grajac
prawie bez obcokrajowcow, oba kluby awansowaly do Ligi Mistrzow.
W piatkowym wywiadzie dla „Przegladu Sportowego” nawet trener Michal
Probierz potwierdzil, ze polska liga jest coraz slabsza. Aby to zmienic,
trzeba zmienic myslenie w klubach. Pierwszym kroczkiem w dobra strone
byla decyzja PZPN o obowiazku wystawiania jednego mlodziezowca w
podstawowym skladzie w ekstraklasie. Klubom sie to nie podobalo. A teraz
ci mlodziezowcy sa czesto najlepszymi zawodnikami swoich zespolow.
Moim zdaniem, przepis tem powinien byc zmodyfikowany, tak aby musialo
grac trzech albo czterech zawodnikow w wieku do 21 lat i maksymalnie
trzech czy czterech obcokrajowcow, choc zdaje sobie sprawe, ze to trudne
do wprowadzenia ze wzgledow prawnych.
Oczywiscie roznie to wyglada za granica. W Premier League malo klubow ma
w swoich szeregach duzo Anglikow, ale obcokrajowcy ktorzy im zabieraja
miejsce w skladzie daja ogromna jakosc. W pierwszym skladzie Liverpoolu
wiekszosc stanowia cudzoziemcy, ale to przeklada sie na wyniki, ktorych
w polskich klubach od kilku sezonow brakuje. Nie mamy ani jednego ani
drugiego, czyli ani Polakow w skladzie, ani dobrych obcokrajowcow.
Budujac klub albo bierzmy wiec bardzo dobrych cudzoziemcow, ktorzy
podnosza jakosc druzyny, albo stawiajmy na szkolenie mlodych pilkarzy,
ale i trenerow. Bo tak dalej byc nie moze. Rozgrywki pucharowe zostaly
powiekszone i nie miec druzyny na europejskiej arenie to wielki wstyd.
Ten sezon pokazal, ze mlodzi pilkarze nie odstaja umiejetnosciami od
starszych.
Wszyscy mowimy, ze mlodzi gracze wyjezdzaja bardzo szybko, ale nie
mozemy im sie dziwic. Gdyby polskie kluby gwarantowaly im rok w rok
rozwoj na poziomie europejskich pucharow, to mlody pilkarz zastanowilby
sie dwa razy nad wyjazdem. Grajac w nich jak rowny z rownym nie tylko
zawodnicy, ale przede wszystkim kluby mialyby z transferow wieksze zyski.
Oczywiscie te zmiany nie przyniosa efektow od razu, nikt nie ma
czarodziejskiej rozdzki. To proces, ktory bedzie trwal dlugo, ale za dwa
do czterech lat powinny byc widoczne rezultaty tej polityki.
Jesli jednak kluby beda miec odwage, obiora sciezke rozwoju wlasnej
mlodziezy, to moze cos sie zmieni. Bo patrzac na mecz Slavia –
Barcelona, zal czlowiekowi, ze nie ma takich widowisk w Warszawie,
Poznaniu czy Gdansku. Za to mamy takie spotkania jak Piasta z Riga FC
czy Cracovii ze slowacka Dunajska Streda.
I LIGA
15 kolejka
Tychy-Warta Poznan 1-1
Stomil Olsztyn-Puszcza Niepolomice 0-0
Belchatow-Miedz Legnica 1-1
Radomiak-Nieciecza 1-0
Jastrzebie-Olimpia Grudziadz 2-0
Odra Opole-Podbeskidzie 0-2
Sandecja – Wigry Suwalki 1-0
Chrobry Glogow-Stal Mielec 1-0
Zaglebie Sosnowiec-Chojniczanka 3-3
1.Radomiak 30pkt
2.Warta 28pkt
3.Podbeskidzie 27pkt
4.Jastrzebie 26pkt
5.Stal Mielec 25pkt
6.Miedz 24pkt
7.Stomil 22pkt
8.Olimpia Grudziadz 21pkt
9.Nieciecza 21pkt
10.Tychy 21pkt
11.Zaglebie Sosnowiec 19pkt
12.Sandecja 18pkt
13.Belchatow 18pkt
14.Puszcza 18pkt
15.Chrobry 17pkt
16.Chojniczanka 16pkt
17.Wigry 15pkt
18.Odra Opole 10pkt
-Rekordowy Lewandowski. Polak pobil wyczyn Aubameyanga
W ostatniej kolejce Lewandowski zrownal sie z rekordem Pierre’a-Emericka
Aubameyanga, ktory w sezonie 2015/16 w barwach Borussii Dortmund wpisal
sie na liste strzelcow w pierwszych osmiu meczach Bundesligi. Gabonczyk
zatrzymal sie wowczas na dziewieciu trafieniach. Lewy ma ich juz az 13.
31-latek pobil dotychczasowy rekord w sobote w meczu z Unionem Berlin
wygranym przez Bayern 2:1. Polak czekal na pierwsza okazje do strzelenia
gola az do 53. minuty, ale proba ta od razu okazala sie skuteczna.
Snajper pokonal obchodzacego w sobote urodziny Rafala Gikiewicza.
Reprezentant Polski jest niekwestionowanym liderem klasyfikacji
strzelcow Bundesligi. Lewandowski z trzynastoma trafieniami wyprzedza
Timo Wernera (6 goli), Wouta Weghorsta, Goncalo Paciencie, Marco Reusa,
Paco Alcacera i Rouwena Henningsa (po piec goli).
Rekordowa serie napastnik rozpoczal w meczu z Hertha, kiedy to strzelil
dwa gole. W drugiej kolejce z Schalke udalo sie juz ustrzelic
hat-tricka. W kolejnych meczach zawodnik Bayernu trafial do bramki
Mainz, RB Lipsk, FC Koln (dwukrotnie), Paderborn, Hoffenheim, Augsburgu
i Unionu Berlin. Reprezentant Polski w tym sezonie strzela nie tylko w
Bundeslidze. Ma juz piec bramek w Lidze Mistrzow, w ktorej trafial w
kazdym z trzech rozegranych meczow. Z teoretycznie najslabsza Crvena
Zvezda Lewandowski na liste strzelcow wpisal sie raz, ale juz w
spotkaniach z Tottenhamem i Olympiacosem dwukrotnie trafial do siatki.
Bramki w obecnym sezonie zanotowal rowniez w Pucharze Niemiec (z Energie
Cottbus) oraz w reprezentacji Polski (hat-trick z Lotwa).
Lewy ustanowil w sobote kolejny rekord. Jego najbardziej imponujacym
wyczynem bylo do tej pory strzelenie pieciu bramek w dziewiec minut
przeciwko Wolfsburgowi w sezonie 2015/16. Wyczyn ten trafil nawet do
ksiegi rekordow Guinnesa. To najszybciej strzelony pieciopak w historii
najwazniejszych lig w Europie. Podobnym wyczynem moze pochwalic sie
m.in. Laszlo Kubala, ktory zanotowal piec goli w 19 minut. W tym samym
meczu Lewandowski pobil inne rekordy – zostal tez autorem najszybciej
strzelonego hat-tricka (201 sekund). Polak to rowniez pierwszy zmiennik
w historii Bundesligi, ktory trafil do siatki wiecej niz trzy razy.
Wczesniej w barwach Bayernu pieciokrotnie bramkarza potrafil pokonac
Dieter Hoeness w 1984 roku.

SIATKOWKA
Co pcha sportowcow do dlugowiecznosci?
– Przed nami jubileuszowy, dwudziesty sezon Polskiej Ligi Siatkowki. Gdy
przegladam sklady druzyn, to nazwisk swoich kolegow z boiska szukam juz
w rubryce trener, prezes albo czlonek zarzadu – pisze w swoim felietonie
Lukasz Kadziewicz.
Uplywajacy czas sklania do refleksji. Nie chce rozwodzic sie nad
ewolucja siatkowki czy medycyny, pozwalajacej zawodnikom przetrwac
kolejne reprezentacyjne sezony, gdy eksploatacja ich organizmow
osiagnela poziom absurdu. Rozegranie prawie 50 meczow w okresie letnim
stala sie tez gigantycznym przedsiewzieciem logistyczno-sportowym.
Skupilismy sie na treningach, doborze personalnym zawodnikow na
poszczegolne turnieje, a zapominamy o tym, co najistotniejsze, czyli ich
poziomie motywacji, rozwoju emocjonalnym i swiadomosci. Wiedza, ze skok
na wyzszy poziom odbywa sie codzienna, sumienna praca, a nie jest
liczony od medalu do medalu duzej imprezy, pozwala z duza pewnoscia
stwierdzic, ze siatkowka wychowala pokolenia przytomnie zarzadzajacymi
karierami. Nam, kibicom, pozwala to na typowanie reprezentacji Polski
jako faworyta najwiekszych siatkarskich imprez. Samych zawodnikow pcha
do dlugowiecznosci.
Historia Bartka Kurka powinna byc przykladem dla kazdego mlodego
sportowca, ktory przezywa trudnosci lub zmaga sie z ciezka kontuzja.
Kiedys operacja lakotki konczyla wielkie kariery, dzis zabieg na
kregoslupie w wieku 31 lat przestal byc wyrokiem. Moze stac sie za to
podstawa do powrotu w jeszcze lepszej wersji siebie. Praca z trenerem
mentalnym stala sie chlebem powszednim kazdego zawodowca. Siatkarze
bardzo czesto szukaja narzedzi, ktore pozwalaja im isc do przodu i
niekoniecznie kaza od razu robic milowe kroki. Licza sie drobiazgi.
Jako komentator Polsatu Sport jestem bardzo blisko reprezentacji
siatkarzy. To, co najbardziej mnie uderzylo, to swiadomosc kadrowiczow.
Bez wzgledu na wiek i klubowa przynaleznosc. Kazdy z nich pokazuje, ze
zmiany zakorzenily sie gleboko i weszly do kanonu polskiej siatkowki.
Juz nie tylko dobor butow, wkladek, diety i szukanie czasu na
regeneracje staja sie norma. Postrzeganie siebie jako sportowca i
mozliwosci, ktore daje wykonywanie tego zawodu, pozwalaja tym zawodnikom
przeistoczyc sie w maszyny do zdobywania medali. Tam nie ma swietowania,
wielkiego patosu. Jest zwykla codziennosc, w ktorej odnajduja kolejne
cele. Marzenie o mistrzostwie olimpijskim to nie mrzonka, tylko idea,
ktora kazdy z nich ma zakodowana w glowach.
Dobrym przykladem jest Bartosz Kwolek. Jego klub podczas sezonu
reprezentacyjnego zatrzasl sie w posadach, co wywolalo spekulacje
dotyczace zmiany barw i wyjazdu z Warszawy. On zamknal wszystko w kilku
zdaniach: „Zostaje w klubie dla Andrei Anastasiego. W przyszlym roku sa
igrzyska olimpijskie, a ja zawsze chcialem pracowac z tym trenerem.
Pieniadze? Przyjda, jesli bede lepszym zawodnikiem”. Ktos uzna to za
normalne zachowanie. Dzis tak, ale jeszcze dekade temu wiekszosc graczy
podpisywalo umowy tam, gdzie placili najwiecej. Teraz zarobki to
czwarta, a moze nawet piata pozycja, ktora kieruja sie siatkarze przy
wskazaniu pracodawcy. Zaskoczeni? Tak, tak, wybory zawodnikow nie
ograniczaja sie juz tylko do sum w umowach. To takze otoczka, ludzie,
ktorzy maja ich prowadzic.
Przyklady na to mozna znalezc nie tylko w siatkowce. Najlepszym dowodem
na zwracanie uwagi na detale jest gwiazda naszej pilkarskiej
reprezentacji i calej Bundesligi – Robert Lewandowski. Facet bije ligowe
rekordy, stal sie marketingowa lokomotywa, a pieniadze z kontraktow
sportowo-reklamowych musi wazyc, a nie liczyc. Mimo wszystko nadal szuka
u siebie mozliwosci rozwoju. Zmiana diety pokazuje, ze nawet po 30.
urodzinach mozna poprawiac wyniki testow wydolnosciowych i motorycznych.
Robert udowadnia, ze na szczycie najwazniejsza role odgrywa nie wysokosc
kontraktow, tylko motywacja wewnetrzna. To ona pozwala realizowac cele,
ktore dawniej mogly wydawac sie jedynie mglistymi fantazjami.
Mam jeszcze swiezo w pamieci fatalny wystep siatkarzy na mistrzostwach
Europy za kadencji Ferdinando De Giorgiego, po ktorym musieli zmierzyc
sie z ogromna krytyka. „Jezeli mamy wygrywac, to bez Kurka, Drzyzgi i
Kubiaka!”, „Tym panom dziekujemy!”. To nie tylko slowa dziennikarzy,
opinie kibicow, ale rowniez glosy plynace z PZPS. Dzis bez tych
siatkarzy o sukcesy kadry byloby bardzo trudno. Pokazali, ze majac 30
lat, moga nadal wyznaczac poziom i siatkarskie trendy. Za rok igrzyska w
Tokio. Wierze w medal na tej imprezie, a po jej zakonczeniu wciaz widze
nasze gwiazdy w bialo-czerwonych koszulkach. Nie konczmy za nich
reprezentacyjnych karier. To swiadomi ludzie. Dajmy im prawo do podjecia
samodzielnej decyzji, kiedy i na jakich warunkach przestana grac w
kadrze. Sami wybiora najlepszy moment na opuszczenie sceny.

LEKKOATLETYKA
Wlodarczyk: Medal olimpijski odebrany na wlasnej ziemi wsrod rodakow
smakuje wyjatkowo
Odbior „zaleglego” zlotego medalu igrzysk w Londynie podczas Gali
100-lecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego wywolal w mlociarce Anicie
Wlodarczyk duze emocje. „Te ceremonie, ze wzgledu na inne okolicznosci,
bede dlugo pamietala” – zapewnila.
Siedem lat temu na jej szyi zawislo srebro, ale w 2016 roku, po
powtornym przebadaniu probek u Tatiany Lysenko wykryto doping i Rosjanka
stracila m.in. wywalczony w Londynie tytul. Wlodarczyk zloty krazek
otrzymala w sobotni wieczor.
– Od pierwszej informacji, jaka otrzymalam w tej sprawie, minelo ponad
trzy lata. W sierpniu ubieglego roku powiadomiono mnie, w jakich
okolicznosciach moglabym ten medal odebrac. Bylo kilka propozycji.
Pieknie sie to czasowo zlozylo, ze w kolejnym roku miala byc gala
100-lecia PKOl. Stad moja decyzja, ze podczas tej uroczystosci chce
przezyc ten moment. Ceremonie medalowa w Teatrze Wielkim na pewno bede
dlugo pamietala ze wzgledu na okolicznosci, a w szczegolnosci na Mazurka
Dabrowskiego zaspiewanego przez chor. Gdy stalam na scenie i go
sluchalam, to mialam z wrazenia chwilowe zaniki pamieci. To bylo mega
wzruszenie, mnostwo emocji. Ciesze sie, ze po siedmiu latach ten zloty
medal znalazl sie w moich rekach. Wiadomo, to nie jest to samo co by
bylo w 2012 roku na Stadionie Olimpijskim w Londynie, ale tez czuje
satysfakcje – opowiadala.
Utytulowana mlociarka wrocila tez wspomnieniami do swoich pierwszych
igrzysk, czyli do startu w Pekinie.
– Pamietam doskonale droge, jaka przeszlam. Zaczelam treningi w Poznaniu
w 2004 roku. Wtedy naszym celem bylo znalezienie sie w skladzie
reprezentacji na igrzyska. Nie myslalam nawet o tym, ze awansuje do
finalu, ale udalo sie i zajelam wysokie, szoste miejsce. Ten start
pokazal mi, ze moge daleko rzucac. Pamietam przysiege, ceremonie
otwarcia, wioske olimpijska – tego sie nie da zapomniec – podkreslila.
Dwukrotna mistrzyni olimpijska i czterokrotna mistrzyni swiata z uwagi
na lipcowa operacje kolana opuscila tegoroczny czempionat globu w
Dausze. Obecnie wciaz przechodzi rehabilitacje.
„To codzienna, zmudna praca. Od trzech tygodni mam plywackie elementy
treningu na gorne partie miesniowe, trening funkcjonalny. Zaczelam
wchodzic w rytm treningowy. Od razu tez jest inne samopoczucie, bo przez
trzy miesiace moj organizm bardzo dobrze sie zregenerowal. Nigdy
wczesniej nie mialam takiej przerwy. Nabralam checi i motywacji do
pracy. Mimo ze wczesniej mi ich nie brakowalo, to teraz powrot do pracy
nastapil ze zdwojona sila. Nie moge sie doczekac pierwszego zgrupowania.
Zakladam klapki na oczy, koncentracja, trening, spanie, jedzenie i tak
bedzie do igrzysk w Tokio” – zadeklarowala.
Przyznala, ze wizyty na basenie nie naleza do jej ulubionych aktywnosci.
– Od czasu studiow na AWF-ie w Poznaniu w latach 2004-06 znienawidzilam
plywanie. To byly dla mnie najgorsze zajecia. Od tego momentu nigdy nie
poszlam na basen rekreacyjnie. Teraz sytuacja mnie zmusila. Ostatnio,
jak zobaczylam dzieciaki trenujace o godz. 6.30, to powiedzialam, ze to
nie dla mnie. Nienawidze tego, ale ide, bo wiem, ze to mi pomoze. Juz
widac ogromny postep w rehabilitacji – podsumowala.
Jak dodala, za miesiac uda sie do Japonii. Wlodarczyk tradycyjnie w
okresie przygotowawczym wyjezdza na zgrupowania do miejsc, w ktorych
odbywaja sie imprezy docelowe na dany sezon.
– Zeby sie zaaklimatyzowac, poznac warunki, w jakich bedziemy mieszkac.
Tu przede wszystkim zagadka jest dla mnie kwestia zywieniowa, bo inaczej
sie odzywialam na dwutygodniowych wakacjach w Japonii, a inaczej bedzie
na zgrupowaniu. Polubilam sushi, ale gdybym codziennie je jadla i
trenowala, to nie sadze, by cos z tego dobrego wyszlo. Wiec teraz bedzie
kwestia poznania tamtejszej kuchni – wyjasnila.
Bardzo chwalila warunki treningowe, jakie stworzono dla mniej w bazie,
do ktorej ma sie udac.
– To male miasto pod Tokio, gdzie jest cisza i spokoj. Wyremontowano
rzutnie i zakupiono nowy sprzet na silowni. Jestem wdzieczna
Japonczykom, ze mimo iz nie jestem ich rodaczka, to zainwestowali
pieniadze, bym mogla sie w superwarunkach przygotowac sie do igrzysk –
dodala.

Na podstawie: sport.pl, wp.pl, Onet.pl, wyborcza.pl, interia.pl,
gazeta.pl, weszlo.com, 90minut.pl, pilkanozna.pl, przegladsportowy.pl,
polsatsport.pl opracowal Reksio.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *